Kiełkująca Improwizacja (fragment książki)

Fragment książki, ‘Będziemy się za was Modlić: z Polski do Zimbabwe, ścieżkami Przodków’.

KIEŁKUJĄCA IMPROWIZACJA

Od czego zacząć? Od początku? Początki są dziwne, koślawe, cierpiące na anemię. Początki kiełkują, jeśli się je tylko podlewa. Nie mają jeszcze tej masy ciała aby wirować w ceremonii i otwierać serce na Boga –

Zaczynać od końca?

Końca nie znam. Życie mnie parę razy podrzuciło, przerzuciło, przestawiło, potargało, poniewierało, przytuliło, popastwiło się ... i co? Czy nauczę się wreszcie być tym prawdziwym, całym, złożonym człowiekiem o których mówi się w Zimbabwe, że mają hunhu

Czy może zacząć gdzieś w środku? Pozwolić książce samej otworzyć się gdzie chce, strącić ją lekko ze stołu niby przypadkiem, i czekać aż – spadając w czeluść runącej, niewiadomej podróży – strony same się ułożą. Potem delikatnie zakraść się za kurtynę opowieści, tam, gdzie lwy porwały mnie pewnego dnia i zaprowadziły do siebie, do Zimbabwe ...W szkole mnie nie uczyli jak opowiadać. A to licho. Śpiewać też nie, nie tak, że całym głosem i nie czystym tylko pełnym miłości dla tych drzew które kiedyś same nam pieśń podarowały.Tak to jest w tych szkołach – niby człowiek się uczy, ale czego dokładnie to nie wiadomo, i czy to jest wartościowe, tego nigdy się nie dowiemy, bo to coś – ta racjonalność, ten brak wiary, ten sztywny, znudzony i poważny światopogląd w uprasowanym surducie który się narzuca, który na nas się tam rzuca – to coś staje się tym, czym woda dla ryby. Pływamy w tym, zanurzamy się w bezduszne zapomnienie tego po co w ogóle jest życie, i powoli przestajemy w ustach smakować tą nie-do-życia bezsmakowość. To wszystko jest bardzo niebezpieczne dla duszy. Nie duszy z Kościoła Katolickiego. Dusza, o dziwo, istnieje poza ramach ludzkich instytucji (choć, jeśli dalej tak będziemy sobie tłumaczyć świat jak teraz, to niedługo ktoś odkryje, że dusza to ludzki wynalazek. Zaraz potem, dusza zostanie opatentowana.)

Tu wcale nie chodzi o Jezusa ani o to, czy uda Ci się wreszcie uwierzyć.  

Skończyłam wiele różnych szkół. Teraz mijają lata poza szkołami i mam wrażenie, że robię się coraz głupsza, moja tęsknota za tą miłością która skleja świat i sprawia, że on żyje – ta miłość już nie jest zasłonięta stertą różnych filozoficznych i teoretycznych i mądrych książek. Wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ta ekstatyczna miłość świata. I wędruję sobie, taka mądra głupia. Rozmawiam z drzewami. Z ziemią również. Cieszę się małymi i dużymi gestami wrzechświata, które zdają się być na mój temat. Dzisiaj rano, szłam chodnikiem biczując się bezsensem mojego życia, kiedy nagle przede mną coś upadło, rozbijając szybę ciemnych myśli – patrzę, i widzę, że ptak przede mną upuścił kromkę chleba. Ptak. Przede mną. Chleb z nieba. Manna. Tak Bóg czasami nas potrąca lekko, aby przypomnieć nam, kim jesteśmy. Kochani. Akompaniowani przez aniołów i przodków. W każdej chwili życia.

Posłuchajcie, proszę. To jest tak. Żyje w Tobie wielka i piękna tajemnica. Twoja dusza to twardy orzech do zgryzienia dla świata. Świat próbuje na różne sposoby poradzić sobie aby wreszcie ten miękki i słodki miąsz mógł się wydostać i świat znowu będzie mógł zasmakować cudu, jakim jest on sam. Świat za Tobą tęskni. A więc dusza daje Ci różne zagadki do rozwiązania i ty kluczysz tą ścieżką i odnajdujesz na niej cząsteczki Boga. Zagadki czasami zdają się być coraz trudniejsze, ścieżka coraz to bardziej stroma. Nie wiadomo o co chodzi ale są chwili kiedy rozumiemy wszystko, a potem znowu zapominamy. Chodzi mi o takie poza-intelektualne rozumienie od środka. 

Aby zrozumieć od środka, tak całościowo, twoja dusza musi zadać Ci zagadkę którą będziesz musiała się zająć cała Ty – nie tylko twój umysł, nie tylko twoje serce, nie tylko ciało. Zagadkę, której rozwiązanie zajmie Ci do końca życia.

Zdarza się, że tą zagadką jest choroba. 

*          *          *

Może tak: to jest tak, jak człowiek próbuje pisać o nie wiadomo czym. Nie wiadomo co siedzi w człowieku i gryzie. Niewiadomoco to lew na obrazku wiszącym w mieszkaniu w Warszawie na Bemowie, gdzie kiedyś wyrastaliśmy wszyscy w rodzinnej kupie – ja, Mama, Tata, trzech braci i jedna siostra – gdzie wiele lat później zmarł mój młodszy brat Oleś, wylatując w kosmos na rakiecie zbudowanej z narkotyków. Niewiadomoco to bezdzietny i bezdziadkowy ból rodziny porozrywanej na strzępy emigracją, chorobą, psychozą, potwornym żalem, oczami bez śmiechu –  życia niszczonego co i raz tajemniczą chorobą – 

Lew się śmieje. Przecież to wszystko przeszłość.

Ale choroba była, i to przez wiele lat. Bolało, oj bolało i to tak naprawdę i prawdziwie. Ciało się wlokło przez życie. Lekarze mówili mi, że to choroba autoimunologiczna – diagnozy stawiali coraz to różniejsze i dziwniejsze. Obliczyli wszystkie możliwe statystki, zmierzyli długość mojego serca na wszelkie strony, i stwierdzili, że nigdy nie będę zdrowa. Znacie to? Takie diagnozy na zawsze? Taki wyrok na całe życie który zdaje się jest coraz częściej normą w naszym niby to cywilizowanym i rozwiniętym świecie? Albo może skazali was inaczej? Może ktoś wam powiedział jakie życie jest? Jakie będzie? Może w szkole powiedzieli wam, że nie ma Boga? Albo rodzice nauczyli, że trzeba się wszystkiego bać? Albo w gazetach napisali, że drzewa nie mają duszy, bo przecież duszy nie ma –   

W Zimbabwe powiedzieli mi, że lew siedzi mi na głowie i Przodkowie chcą mnie zatrudnić. I żebym nie martwiła się, bo nie ma w tym nic dziwnego.

*          *          *

Październik, 2017. Powrót do Polski z Zimbabwe, pięknego kraju gdzie najważniejsi są Sny i Przodkowie i Bóg. 

Ulicami Warszawy kroczy ze mną lew. Śmieje się ze słowa ‘urojenia.’ Macha ogonem bydlęcia, ziewa paszczą drapieżnika. Chmury gromadzą się nad nim, płaczą łzami tej, co świat stworzyła, której wylewna samotność zamieniła się w różnorodność roślin, zwierząt, ludzi. Ulicą drepczą ludzie, idą tam, gdzie ciągnie ich życie, powinności, rodzina, praca. Nie widzą lwa.

Lew wzrusza ramionami i się śmieje. 

Za podobne urojenia osoby w mojej rodzinie łamane były na kole tortur systemu psychiatrycznego, nie raz, a wiele razy. Za podobne urojenia świat skreśla albo upokarza, mówi, że taki niepoważny i dziecinny i chory umysłowo człowiek nie nadaje się do życia. Nie wolno widzieć lwa. Wolno widzieć ulicę, samochody, uniwersytet, kawiarnie, niebo, i innych ludzi, ale nie wolno widzieć lwa.

Lew wzrusza ramionami i się śmieje. Otwiera paszczę i ziewa. Nawet jego zmęczenie jest potężnym zmęczeniem króla. Nie opuszcza mnie ani na chwilę. Wzrusza mnie swoją lojalnością, łagodnością, potęgą. Wszystko to, co dookoła – ulica, samochody, uniwersytet, kawiarnie, niebo, inni ludzie – wszystko to jest niczym wobec lwa. 

*          *          *

Różne są sposoby na zrozumienie życia. Różne są techniki. Ciągle nas pali do tego zrozumienia. Zrozumieć, a nie przeżyć. Zrozumieć, a nie smucić się. Zrozumieć, a nie śmiać się. Zrozumieć, a nie czuć w ciele Przodków.  

Baba Vusamazulu Credo Mutwa, szaman z RPA, pisze w swojej książce Indaba, My Children, że Pierwotna Matka, stworzycielka świata, była nieśmiertelna ale nosiła w sobie klątwę śmiertelnych stworzeń – czyli uczucia różnego rodzaju: głód, smutek, samotność, gniew, tęsknota. Nieśmiertelni nie mają tych uczuć. Tylko my, śmiertelnicy mamy za zadanie przepuszczać przez nasze słabe ciała emocje które zdają się niczemu nie służyć. Może dlatego na Zachodzie mamy wrażenie, że lepiej świat próbować zrozumieć. Takie ciągłe czucie to ciężka praca. Co nam z tego? Królestwo Niebieskie? Lepsza praca? Więcej pieniędzy? Chyba nie.

Człowieczeństwo? A co to jest? I po cholerę nam coś takiego? 

Zrozumienie to technika która może obejść się bez uczuć. Wydaje nam się, być może, że zrozumienie bez serca przybliży nas do nieśmiertelności? Dlatego dzisiaj przychodzą do nas różnego rodzaju choroby. Choroba to nie klątwa, raczej to dar naszej własnej prawdy która niestety musiała założyć bolesną i niemożliwą do ominięcia maskę – tak Bóg chce nas nauczyć od nowa czucia i człowieczeństwa.

Chorób nie da się zrozumieć, trzeba je przeżyć. Można sobie odnotować wszystkie zachowania tej choroby, zapisać jej cechy i zachcianki i alergie – ale istnienie na wielu poziomach wymagane od nas przez proces transformacji zwany chorobą, naturalnie rozumie złożoność życia. To, jak ciało i umysł i serce zwijają się razem w kłębek, walczą ze sobą niczym Bogowie sezonów w legendzie indiańskiej rzucających patykami aby zdecydować, czy wygrywa lato czy zima czy wiosna – i tańczą razem, tworząc coś nowego i pięknego. 

Piękno nie do uchwycenia – takie prawdziwe, i głębokie piękno.

U mnie zaczęło się od choroby. Tak często się dzieje. Najpierw nauczyć się przeżyć, a potem nauczyć się żyć. Tak uczymy się kunsztu bycia człowiekiem. 

*          *          *

Następny powrót do Polski z Zimbabwe, gdzie Przodkowie wchodzą w ciała ludzi i gadają ludzkim głosem, śpiewają swoje piosenki, i ludzie odchodzą szczęśliwi, tanecznym krokiem, tak są tymi pieśniami błogosławieni.  

(Jest to w Zimbabwe całkiem normalne.)

W Warszawie, wracam na Bemowo i włączam radio. W radiu akurat mówią o egzorcystach, o tym, że jest ich coraz więcej. Czy prawdziwe są te złe duchy, czy nie? Na tym polega debata. Tak wygląda nasz świat, tutaj w Polsce. Niektóre pytania wydają się oczywiste – czy zły duch jest prawdziwy, czy nie? Na pewno nie! – tutaj, w Polsce, tak często zakładają ludzie racjonalni. A w kościele trzymają się drugiej strony – tak, są prawdziwe, i trzeba ich wymodlić z powrotem do piekła natychmiast! W Afryce to pytanie nie miałoby sensu. Nie chodzi o to, czy istnieją złe duchy – oczywiście, że tak – ale gdzie są w tym wszystkim nasi Przodkowie? Jak powiedział kiedyś Woland w Mistrzu i Małgorzacie: „Diabeł istnieje.” Ale Przodek nie jest złym duchem. Przodek jest Przodkiem, czyli rodzicem, czyli źródłem, czyli miłością, czyli korzeniem, czyli podstawą, czyli tym, co sprawia, że rozumiemy sens własnego istnienia. I nie tak umysłem, nie tak, że mózg jakoś tam zrozumiał słowa i klepie je niczym różaniec – moje istnienie ma sens moje istnienie ma sens ma sens to moje istnienie bla bla bla ... 

Nie tak.

Tylko tak: 

Może jest tak, że nie masz nic. Nie masz domu, nie masz pieniędzy, nie masz pracy, chorujesz nawet od stóp do głowy – ale jesteś człowiekiem. A to znaczy, że jesteś tak niesamowicie kochany, że istniejesz. Pomysł na twoją osobę przetransformował się kunsztem i energią czystej miłości w życie. Kroczą z Tobą Przodkowie Piękni jak Gwiazdy, wśród których również są Gwiązdy (których jesteś cząsteczką.)

Przodek to nie tylko człowiek, nie tylko babcia, albo pradziadek. Przodek to też drzewa i woda i delfiny i Matka Ziemia i Bogowie również (który człowiek śmie powiedzieć kim jest Bóg?).

A my tymczasem przekrzykujemy się w radiu, czy istnieją złe duchy, czy nie. Tak rozmawiają niezrozumiałymi dla siebie nawzajem językami Katolik z Ateistą i próbują coś – ola Boga! – udowodnić. 

A co to jest dowód? A na co to coś się nadaje? A czy to coś jest potrzebne?

Jacy my jesteśmy mali, jak mało wiemy, jak my to wszystko źle rozumiemy.

Najważniejsze nas omija – robimy wszystko, żeby zagłuszyć w sobie najważniejsze, czyli to, że w tym miejscu – w Polsce – Przodkowie przychodzą do swoich dzieci i domagają się ucha. Przodkowie nie potrzebują egzorcystów, tylko zrozumienia, miłości. Ze mną próbują rozmawiać codziennie, na różne sposoby. Czasami szepczą wzdłuż pasm wiatru, i czuję ich obecność w tym, jak liście drzew rozbawione łachoczą się nawzajem. A czasami widzę ich w wodzie, która sprawia, że nasze wspólna droga płynie gładko i swobodnie, jak rzeka.  

Idę nad wisłę, i śpiewam syrenom. Czuję jak wychodzą z wody i tańczą. Cieszą się pamięcią. Czasami woda chce coś oczyścić, i wtedy z oczu lecą łzy. Różne smutki się przypominają przy wodzie. Siedzi taki zmęczony człowiek na piasku i przychodzi zmarły brat i coś gada. Albo ciotka. Albo to wszystko, co się kiedyś nie udało. Złamane serca. Upokorzenia różnego rodzaju. Smutki, normalne. Syreny cieszą się łzami również, bo, tłumaczą, łzy lecą strumieniami do dużej wody, tam gdzie mogą być oczyszczone z gorzkiej soli. Czasami ludzi przychodzą i pytają, czy wszystko w porządku. Mówię, że przecież tak. Dziwię się. Czy im się nigdy nie zdarzył płacz nad wodą? Pod drzewem? W lesie? Na górze? Kręcą głowami. Jak my niczego ważnego nie rozumiemy.

W Zimbabwe wiadomo, że w wodzie pływają njuzu, czyli syreny. Syreny śpiewają srebrzystym głosem i zdarza im się wciągać ludzi do siebie do głębin. Czasem to znaczy, że człowiek umiera, a czasem, że uczy się uzdrawiać innych. Ambuya Stella Chiweshe, słynna śpiewaczka i gwenyambira z Zimbabwe śpiewa tak: „Człowiek który nie boi się njuzu (syren), który wykazuje się odwagą w podwodnym królestwie, wraca do domu z darem uzdrawiania innych.” Wraca potem na próg domu rodzinnego suchy jak pustynia od ubrania do samego szpiku kości, z rozwiniętym pojęciem świata, z duszą która mieści w sobie ból tysiąca innych stworzeń. Opowiada potem, że pod wodą wiją się dwie ścieżki dla tych zanurzonych: albo uczą się uzdrawiania i wracają, albo zostają w głęboko-morskich królestwach na zawsze. Nic nie jest na zawsze, prawda, ale są różne światy, różne rejony duszy, ziemi, piękna. Czas to iluzja która wędruje przez te wszystkie aspekty wszechświata. Życie potrafi być straszne, opowiada człowiek który wraca na ląd. Dlatego wysłali mnie z powrotem, aby pomagać.  

Życie potrafi być straszne. Przegrać można na milion różnych sposobów. Życie mnie nauczyło, że jestem tu aby uczyć się jak przegrywać. Po przegranej, należy zrobić rytuał aby podziękować Przodkom za to, że się jest. Złamane serce to również powód do dziękczynienia. Każde serce musi być złamane, nie ma co. Serce jest do złamania i zgryzienia. Zgryźć można własne serce ze zgryzoty, a potem, dla otuchy, nakarmić się trzeba sercem kogoś innego.

Nie można przeżyć samemu. Potrzebujemy innych. 

W Polsce dużo się mówi o historii, a mało o Przodkach. W Zimbabwe jest odwrotnie. W Polsce dużo dyskutuje się o historii, bo tak nakazuje polityka popularności, gra planszowa polityki, taktyki, i ekonomii obejmująca cały świat. Mało o przodkach, bo tak nakazuje kościół. Mało o rytuałach, bo czarownice i wróżki boją się, że ktoś usłyszy i je oskarży o czczenie diabła, a zastraszone wiedźmy kryją się w umierających, chorych drzewach. Giną lasy, a wraz z nimi, moc.

Dlatego, jak mówi jeden z moich przyjaciół, potężny Szaman plemienia Nez-Pierce w Ameryce Północnej – kiedyś szamanie spierali się o moc. Dzisiaj, naglą wszystkich do miłości. Bo moc jest tylko w Ziemi, a Ziemia umiera, właśnie dlatego, że zapomnieliśmy jak ją kochać.  

*          *          *

No dobrze. Ale to nie jest ani początek, ani środek, ani koniec. To są jakieś porozrywane myśli, usiłujące spleść razem ten most którym podróżuję między Afryką a Polską. Przecież wszyscy jesteśmy z Afryki, więc po co budować mosty? Most już jest. Nasi Przodkowie zbudowali go własnym stopami wiele lat temu. Wiele lat temu, czyli być może jutro – bo czasu nie ma. 

Tak wygląda próba ludzi wyprostowania życia aby wreszcie była z życia prosta, gładka autostrada prowadząca równo do końca. Żadnych niespodzianek, i wiele miejsc, gdzie można zatrzymać się na postój. Żadnych latających ptaków, bo mogą wlecieć w szybę, i wtedy będzie wypadek. Żadnych wypadków, bo wypadki opóźniają dojechanie do celu, czyli do bycia człowiekiem sukcesu – a więc, żadnych problemów, chorób, nieudacznictwa, ani poszukiwania. Najlepiej tak.

Ale życie przecież nie jest autostradą, ani nawet podróżą. Życie to takie siedzenie pod drzewem i oglądanie wędrówki słońca przez niebo. A Słońce w międzyczasie budzi się z drzemki, pod gałęziami czarnego drzewa wrzechświata, i zaskoczone mruczy: toż to ta Ziemia znowu, pędzi sobie w kółko i nie przestaje tańczyć ... 

Już dosyć tego wariactwa! Powiedz wreszcie, o co Ci chodzi!

W Zimbabwe, proces wyprostowania umysłu, emocji, serca, ducha, i jednoczenia wszystkiego w sobie na nowo nazywa się kuuthwasuswą, i jest to proces uczenia się zawodu szamana.