Wędrowiec i Serce

O czym dzisiaj zaśpiewały gwiazdy? Ciepło na języku. Przytulnie w domu. Płomyk świeczki nie przestaje tańczyć. Przypomina, że tajemnica mieszka we wszystkim.

Więzień patrzy przez kraty – kiedyś widział gwiazdy, dawno temu. Dzisiaj nieba nie widzi, tylko słyszy samochody, drogę, huk miasta. Gwiazdy wołają nadal do Więźnia, śpiewają mu pieśni. Więzień patrzy w niebo przez kraty, nie odchodzi, o nic nie prosi, tylko pyta – czym jest światło? Powiedzcie mi, piękne gwiazdy na niebie, wy wiecie najlepiej. Czym jest światło? Wy, które znacie ciemność – wy, które z ciemnością nie walczycie. Powiedzcie mi proszę, czym jest światło? Wy, które znacie wolność, powiedzcie mi proszę, zaśpiewajcie – czym jest światło? Jak to jest, wy niebiańskie kwiaty, że dla was światło jest bardziej prawdziwe niż czas? Wy, które wiecie, że czasu nie ma – wy, które świecicie poza czasem? Wy, które świecicie nawet poza śmiercią, powiedzcie mi, czy będę kiedyś wolnym człowiekiem? 

Kim jesteś? pytają gwiazdy. Kim jest ten jeden, jedyny człowiek, który nadal umie z nami rozmawiać? Przychodzą do niego i pokazują – światło masz w środku. W Tobie żyje gwiazda, to Ty świecisz w ciemnościach.

Wędrowięc podnosi głowę zmęczony w trakcie tułaczki, patrzy na gwiazdy. Na stopach nosi kurz stary jak świat. Nie przestaje szurać stopami po ziemi. Jest to jego taniec. Gwiazdy oświetlają mu drogę. Wędrowiec pyta się – kiedy odnajdę to, czego szukam? Gwiazdy mrugają umownie. Nic nie mówią, odzywają się tęczą.  

Dawno temu Wędrowiec wyruszył szukając tego, za czym tęsknił. Zakochał się kiedyś, tyle pamięta. Oddał serce w ręce człowieka, powiedział – masz, nie puszczaj, opiekuj się. Człowiek nic nie powiedział, włożył serce do kieszeni i odszedł. Wędrowiec za nim. Najpierw za człowiekiem. Gonił człowieka i gonił, bez ustanku, bez odpoczynku. Gonił tak i gonił i nic. Człowiek zniknął, a wraz z nim, serce. Taka pustka w klatce, w życiu. Zawód, ból, koniec drogi – historia stara jak kurz na stopach Wędrowca. Wędrowiec gonił nadal i gonił i pewnego dnia wstał rano, i już nie gonił człowieka, tylko gonił serce. Stęsknił się teraz nie za człowiekiem, a za swoim sercem. O człowieku zapomniał, o tym co się stało. Przestał zastanawiać się dlaczego. I tak chodził i szukał serca, i szukał i szukał i nie doszukał się. Czas mijał: godziny, dni, miesiące, lata. Chodził tak Wędrowiec. Pewnego dnia wstał rano, i już nie szukał serca, tylko po prostu szedł przed siebie. Szedł przed siebie bo nie umiał nie iść. Chodził tak i chodził, i mijał się ze światem, aż pewnoeg dnia wstał rano i usłyszał śpiew ptaków. I posłuchał. I szedł tak słuchając. Wstał rano Wędrowiec i słuchał. Słuchał głuchej przestrzeni w klatce piersiowej i słuchał śpiewu gwiazd, i słuchał tego, jak wiatr czasami wieje, a czasami nie. I tak szedł Wędrowiec, szurając pomarszczonymi stopami po ziemi. Aż pewnego dnia wstał rano, i stopy już bardzo pomarszczone poprosiły go, „zwolnij, prosimy Cię. Chcemy pocałować Ziemię. Jest taka piękna.” I Wędrowiec już nie słuchał, tylko szedł wolno przed siebie. Szedł powoli i czuł jak stopy całują ziemię. I całował stopami ziemię, i tak szedł przez świat. Aż pewnego dnia wstał rano Wędrowiec, i stopy już całować ziemi nie chciały. „Zmęczyłyśmy się,” powiedziały. „Musimy odpocząć.” Siedział tak Wędrowiec, siedział, i usłyszał wtedy – bicie serca.

„Gdzieś było cały ten czas?” zapytał zaskoczony Wędrowiec. 

„Z Tobą,” odparło z uśmiechem serce.

„Tęskniłem za Tobą,” zwierzył się sercu Wędrowiec. „Źle mi było bez Ciebie. Gdzieś się podziało?” 

„Z Tobą,” powiedziało znowu serce.

„Ze mną,” dumał Wędrowiec. 

I już nie rozmawiali, tylko słuchali się nawzajem. Wędrowiec, słuchał serca, i serce Wędrowca, i tak byli ze sobą, wreszcie, nareszcie, na zawsze.