Głosy Żywiołów, Listy Miłosne Wrzechświata

(‘Żywioły’ to rozdział z książki o mojej drodze intelektualnej, fizycznej i duchowej, do Zimbabwe.)

GŁOSY ŻYWIOŁÓW, LISTY MIŁOSNE WRZECHŚWIATA

„Przez cały okres, w którym utrzymywali władzę polityczną w Zimbabwe, biali zdobywcy odmawiali zaakceptowania zwierzchnictwa autochtonicznych przodków, czy to jako naród ziemi, czy jako sprowadzający deszcz. Przywódcy religijni Szona byli „czarownicami o wątpliwym charakterze i małej treści”, którzy wprowadzili w błąd swoich zwolenników, „prostych, łatwowiernych ludzi”.”

-Dawid Lan, Guns and Rain, 173

‘Sango rinopa aneta’ – Busz daje, jak jest się zmęczonym.  - powiedzenie Szona

‘Co pozostaje, co żyje? Las. Tak mówiliśmy u nas w Polsce: nie było nas – był las, nie będzie nas – będzie las.’ -Jerzy Grotowski, ‘Święto’

Svikiro Sekuru Shumba, Szaman w Zimbabwe opowiada:

„Parę lat temu w Kenii, panowała w krainie Masajów susza. Masajowie bardzo cierpieli, ich krowy chudły i ich wysuszone kości sterczały z ciał jak patyki z martwych drzew. Zebrali się mędrcy i mędrczynie plemienia i zastanawiali się, co zrobić. Postanowili, że potrzebują pomocy. Poprosili przodków o radę, i poszli spać.”

Opowiadam jak przystoi bajarce to co mi kiedyś opowiedział jaskrawo i po angielsku szaman w Zimbabwe. Pozwólcie, że przerwę sobie na chwilę aby coś sprostować. W Afryce, jeśli ma się problem, to głowić się nad tym problemem nie ma sensu. Rozwiązanie przyjdzie we śnie, językiem snów. Na tym polega komunikacja, i po to są Przodkowie. Nie zostawiają nas samych.W Afryce pomoc zawsze przychodzi we śnie. Nad problemem można się zastanowić, ale najlepiej poprosić o pomoc, i poczekać na sen.

Tak właśnie zrobili Masajowie. Poszli spać, i następnego dnia, z pajęczyn swoich snów, utkali obraz tego, co ma się wydarzyć. Jest człowiek, zrozumieli, człowiek, który może im pomóc. Ten człowiek nie jest w Kenii, nie jest nawet we Wschodniej Afryce. Ten człowiek mieszka gdzie indziej, na Południu. Jest to szaman z Zimbabwe. Jak tu znaleźć szamana z Zimbabwe? Przodkowie nie powiedzieli, ale klarownie poradzili, jaka jest potrzebna pomoc. Skoro podali konkretną informację, ludzie po drugiej stronie snu mieli teraz za zadanie iść według rady przodków. Trzeba poszukać, popytać, może ktoś go zna. I tak, pocztą pantoflową można powiedzieć, Masajowie dowiedzili się, że jest pewien szaman – svikiro – z Zimbabwe. Zobaczyli jego zdjęcie i Przodkowie pokiwali głowami. Tak, to ten. Jego poproście o pomoc.

Szaman z Zimbabwe został zatem sprowadzony do Kenii, gdzie zgodził się, aby organizatorzy wyprawy przywieźli go do Masajów. Masajowie i Svikiro spotkali się na poboczu góry, gdzie leżała ich wioska. Porozmawiali, posilili się, przedstawili, po czym Masajowie wyżalili się. Nie musieli wiele tłumaczyć – susza była tak potworna, że sam kurz na ziemi kruszył się pod stopami. Niebo krwawiło ostrą, bezchmurną niebieszczyzną. Nie raczyło się błogosławić ludzi ani jedną mokrą kroplą. W takiej suszy nawet łzy spadały jak wióry zamiast płynąć jak rzeka.

Znowu zrobię sobie przerwę. Przeszkadza? Trudno. To moje opowiadanie. Susza w Kenii może wydawać się bajkowa, zwłaszcza owinięta słodyczą słowa. Czytelnik lub czytelniczka już wiedzą, że wszystko będzie w porządku, bo w bajkach przecież wszystko dobrze się kończy – chyba, że jest to bajka dla dorosłych. A co to za dorośli co czytają bajki? Przecież dorośli mają poważne sprawy na głowie – podatki, ubezpieczenie, samochód, i inne Ważne Sprawy. Ale susza w Kenii przecież dzieje się w każdej ludzkiej duszy – bo Polska i Kenia to to samo. Kenia i świat, to to samo.

No dobrze, już zrozumieliście, mam nadzieję.

A poza tym, jeszcze wtrącę, to wcale nie jest bajka – ta historia zdarzyła się naprawdę.

Wracając do opowiadania które zdarzyło się naprawdę:

Svikiro z Zimbabwe wiedział co zrobić. Nie, że on sam może zwołać deszcz. Człowiek nie ma takich mocy. Ale deszcz to żywioł jak każdy inny. Przodkowie po drugiej stronie robią swoje aby porozmawiać z deszczem, ubłagać wodę, aby ich dzieci miały co pić i aby krowy znowu tańczyły wesoło po sawannie. Zgadujecie, co zrobił svikiro z Zimbabwe? Ano, Svikiro z Zimbabwe zażył tabaki, porozmawiał z przodkami, pięknie podziękował im za to, że go tu przyprowadzili, zażyczył sobie, aby ta podróż nie była na darmo, powiedział, że Masajowie też ludzie, poprosił o deszcz – i, co zrobić? Poszedł spać.

Bo przodkowie przychodzą we śnie, i to we śnie dzieją się najważniejsze rzeczy.

Powtarzam się? To dobrze. Mam nadzieję, że zakorkuje się na dobre w pamięci i nasze społeczeństwo wreszcie zrozumie, że ...

Jak to było?

Przodkowie przychodzą we śnie, i we śnie dzieją się rzeczy najważniejsze.

We śnie, powiedziano svikiro – tak mi to powiedział, zresztą. Nie opisał obrazów, nie powiedział, kto dokładnie się pojawił, tylko stwierdził, że mu powiedziano. Bo sny tak naprawdę bardzo trudno opisać. Można opisać obrazy, uczucia, można przeanalizować co się w nich wydarzyło, ale sny tak naprawdę trzeba wyniuchać. Kryje się w ich murach wielka tajemnica. Opisać sen, to tak samo niemożliwe jak opisanie zapachu lawendy. Po prostu się nie da. Ale skoro wszyscy śnimy, to dzielimy ze sobą tą wielką tajemnicę, którą jest świat snów.

Także więc we śnie, powiedziano svikiro, że deszcz przyjdzie, tylko że przyjdzie dopiero dzień po następnym dniu, i że on musi jak najprędzej wracać do Nairobi, bo deszcz będzie tak ulewny, iż podróżowanie samochodami będzie niemożliwe. Drogi zamienią się w rzeki. Ludzie będą szczęśliwi. Svikiro obudził się i powiedział Masajom co mu powiedziano. Starszyzna bardzo się ucieszyła. „Pięknie nam pomogłeś!” krzyknęli z zachwytem. Na horyzonice już widać było ciemne chmury. Svikiro powiedział im, że musi wrócić do miasta. „Dobrze, wracaj, wracaj,” zgodzili się, „ale w zamian za to, że tak nam pomogłeś, bardzo chcemy złożyć Ci pewnego dnia wizytę. Czy możesz proszę podać nam swój dokładny adres?”

Svikiro zdziwił się. Co prawda on sam rezyduje w drugim-największym mieście w Zimbabwe, w Bulawayo, i mieszka tam na ulicy, która ma nazwę, w domu numerowanym – wszystko się u niego zgadza, jeśli chodzi o nasze wyobrażenie adresu. Listonosz nie miałby żadnego problemu ze znalezieniem jego domu; nawet google daje radę. Ale jak Ci starsi ludzie, niektórzy mający po 80 lat, zejdą ze swojej góry we Wschodniej Afryce i przywędrują ze swoimi krowami do Zimbabwe? Przecież oni nawet adresu nie umieją przeczytać. No nic, jak proszą, to się daje. Potężni ludzie, Masajowie. Nie należy wątpić. Wszyscy mamy swoją mądrość.

Deszcz przyszedł, lunął, runął; woda płynęła soczyście, góra taplała się w błogim oceanie mokrego błogosławieństwa. Krowy śpiewały, a ludzie tańczyli. A potem ludzie śpiewali, i krowy tańczyły. W tym samym czasie, Svikiro był już w Nairobi. Wrócił do Zimbabwe.

Przez dłuższy czas nic nie słyszał od Masajów. Aż, jak sam opowiada, pewnego dnia potwornie się rozchorował. Gorączka go piękła, ataki dreszczy jak pioruny rzucały ciałem tam i z powrotem, i nie wiedział co się z nim dzieje. Wreszcie zasnął u siebie, w dare, czyli tam, gdzie rozmawiał z Przodkami i spotykał się z klientami. We śnie, pojawili się wokół niego Masajowie, dokładnie tak, jak ich pamiętał. „Cześć!”, powiedzieli. „Postanowiliśmy Cię odwiedzić, bo wiemy, że masz kłopoty. Zachorowałeś. Ale nie martw się, my Ci pomożemy z wdzięczności za to, żeś nam pomógł z deszczem.” Podali mu różne nieznane mu rośliny do zjedzenia i wywary to wypicia. Potem pożegnali się, i zniknęli. Svikiro obudził się następnego dnia zupełnie zdrowy.

I taką miał przygodę szaman z Zimbabwe, w krainie Masajów.

To nie jest bajka. To się wydarzyło naprawdę.

*          *          *

Co nam ta historia mówi? Svikiro nie jest prorokiem. Nie jest głosem Boga. Ale jest w pewnym sensie przestrzenią, która daje duchom i przodkom pole do działania.

W dzisiejszych czasach Ziemię zostawiliśmy na swoim. Tak, wykorzystujemy ją, ograbiamy ją beznamiętnie z jej dóbr. Ale zapomnieliśmy, że kiedyś o deszcz proszono w świętym otwartym kręgu ceremonii. Deszcz nie przychodził, bo miał przyjść, bo tak był zaprogramowany komputerowy system świata – komputer który teraz musimy naprawiać, bo po tylu miliardach lat, zdaje się, po prostu się zepsuł. Deszcz przychodził jako rozmowa ze światem. Woda spływała na ziemię i była otworem na błogosławieństwa – otwierała i ludzi, i ziemię, i rośliny, i zwierzęta, na możliwości nowego życia, na jedzenie, na wzrost. W miejscach takich jak Zimbabwe, deszcz był największym błogosławieństwem – i dlatego ważne było rozmawiać z przodkami, i pomagać deszczowi aby przyszedł.

Nie zrozumcie mnie źle – choć, co prawda, posługuję się niezgrabnym ludzkim językiem, który łatwo źle zrozumieć, lub nie zrozumieć wcale. To nie jest tak, że człowiek miał nad deszczem władzę, i to również nie jest tak, że deszcz był bogiem którego trzeba było czcić. Chodziło o to, że człowiek stwarzał świętą przestrzeń na świętą pracę świętej rozmowy. Z przodkami, którzy pojawiają się również w żywiołach, to człowiek nie mógł sobie tak po prostu pogawędzić. Po to była ceremonia, i po to były tańce, kreujące energię, która wzbijała się potem w górę, ryczała swojakie opery, rozkręcała się jaskrawo i hucznie, i jak wiry kurzu które tańczą na pustyni, tworzyła c o ś ...

Co? Piękno ludzi – piękno tego, z jaką gracją i sztuką człowiek przedstawia się żywiołom, z jaką pokorą i zarazem dumą bębni stopami o ziemię – stwarza pole do popisu. Tworząc piękno w świętej przestrzeni, na pokorne popisy ludzkie, Ziemia odpowiada własnymi pięknymi popisami. Przychodzi deszcz. Deszcz to odpowiedź.

To nie jest prosty proces przyczyn i skutków, i dlatego trzeba zrozumieć co się dzieje poza prymitwnym pojęciem ‘bałwochwalstwa’. Człowiek nie jest Bogiem. Człowiek nie jest Stworzycielem, ale jest twórcą – i będąc twórcą, potrafi stworzyć piękno, i tym samym nakarmić piękno drugiej strony. Deszcz i Człowiek i Ziemia rozmawiają ze sobą. Słowa do tego nie wystarczą. Po to jest ciało. Po to jest taniec. Człowiek nosi w sobie deszcz, stopy ten deszcz NIE naśladują, tylko zapraszają. Jak ptak który tańczy przed swoją ukochaną, skłaniając ją do tego, aby z nim była, ale nie tylko – bo ptak nie tańczy, tylko dlatego, że ukochana jest i trzeba jakoś do niej dotrzeć. Ptak tańczy, bo jego dusza tego potrzebuje. On tańczy, bo on tańcem jest – i ona do niego przychodzi, i zakochuje się, bo ona jest zakochaniem się w tańcu. Bez tańca, bez miłości, bez ceremonii która odbywa się między ptakami, nie byłoby późniejszych pokoleń ptaków.

Zaprzestanie ceremonii deszczu to zatem wielka pomyłka, bo ceremonie deszczu to nie tylko ceremonie dla deszczu – to przede wszystkim ceremonie, gdzie możemy sobie przypomnieć kim jesteśmy i kim jest deszcz. I na taką ceremonię, jeśli uda nam się być sobą, to przyjdzie deszcz. W takiej przestrzeni zaśpiewa burza.

Świat morduje nasza zła pogoda. Susza panuje na kontynencie Afrykańskim, na innych kontynentach pogoda zmienia się. Lato to już nie lato, to piec. Zima nie jest zimna. Globalne ocieplenie to pojęcie o które naukowcy już się nie kłócą – szeroko zaakceptowane jako katująca prawda. Nasza piekielna przyszłość. Ciężko opanować truchlejący strach który nami zawładnął jako ludzie. Ludzie szaleją, pogoda szaleje, i demon przyszłości kroczy w naszym kierunku kręcąc diabelskim ogonem. Nie da się jego powstrzymać. Nawet buddystyczne trzymanie się obecnej chwili, zdaje się, nie pomoże nam. Bo obecna chwila, koniec końców zamieni się na chwilę która przytaszczy ze sobą między zębami nasz własny, paskudny koniec.

Kiedyś, kiedy uczyłam się sztuki pantomimy Decroux, pewien stary profesor hinduskiej pantomimy powiedział mi, że w Indiach, pantomima zaczyna się od punktu skupienia. Tam, gdzie myśl, tam idzie wzrok. Gdzie idzie wzrok, za nim kroczy ręka. Gdzie wskazuje ręka, tam idzie serce. Logika pantomimy, jest logiką jogiczną, czyli logiką połączenia. Tam, gdzie idzie myśl, tam idzie nasze serce.

Ale koniec końców, i myśl i serce, są zawsze tam, gdzie my – czyli w naszym ciele.

Tradycyjne wierzenia dobrze rozumiały to pojednanie między człowiekiem a światem – człowiek nie jest tylko swoim mózgiem, jest również ciałem. Świat nie jest tylko materią, czyli ciałem, jest również wielką i potężną inteligencją. Człowiek żyje w świecie, a świat w człowieku. Jeśli panuje susza, to susza również żłopie ostatnią wodę w duszy człowieka. Woda jest potrzebna do życia – i to znaczy, (skoro metafor nie ma), że woda życiem jest. Ogień daje światło. Sprawia, że widzimy lepiej. Ogień nie daje światła, tylko w pewnym sensie (bo jest tych sensów tyle, ile wymiarów, skoro sposobów zrozumienia opowiadań jest setki tysięcy) – ogień światłem jest. Jeśli jest go za dużo, jeśli szaleje, to znaczy, że czegoś nie widzimy. Jeśli płoną domy, to znaczy, że ogień chce, abyśmy zaczęli od początku. Malidoma Some powiedział kiedyś, że ogień przypomina ludziom, jak być ludźmi. Zatem, jeśli ogień szaleje, to znaczy, że gniewa się, że ludzie nie są sobą i nie zachowują się po ludzku.

Wiele ludów i plemion kiedyś rozmawiało z żywiołami – rozmawiali z deszczem, z wodą, i z ogniem. W dzisiejszych czasach twierdzimy, że to zabobony. Porzuciliśmy pojęcia animistyczne – że świat nie jest tylko martwą, beznamiętną, głupią otoczką w której ludzie, wielcy i jedyni działacze, malują swoje obrazy i przeżywają swoje dramaty – tylko świat jest, jak my, a nawet bardziej, żywy, inteligentny, chętny do rozmów. Życie na takiej ziemi, to jedna wielka rozmowa, a nie – tak jak nam się wydaje – jeden proces badania tego, co głupia ziemia teraz zacznie robić.

Podejścia mamy różne: z jednej strony ekolodzy nam mówią, że ludzie paskudnie szkodzą ziemi, więc musimy robić wszystko, aby zostawić ziemię w spokoju i nie ingerować w jej procesy. Z drugiej strony naukowcy wymyślają nowe sposoby na poprawianie świata który jest tak fatalnie nie-idealny. Geo-inżynieria, czyli po angielsku Geo-engineering, jest w wielu kręgach uważana za ostatnią deskę ratunku dla rodzaju ludzkiego (i ten rodzaj ludzki nas najbardziej interesuje, oczywiście). W trzeciej beczce pływają jak smutne, zamyślone, skazane na śmierć, ryby – myśli religijne: Bóg robi, człowiek przyjmuje. Bóg rozkazuje, człowiek się przystosowuje. Człowiek łamie sobie serce, przyjmując to, jakie życie jest (straszne), i na tym polega praca (czy raczej katorga) duszy (którą posiada tylko człowiek).

Jest też czwarte podejście, z którym nie bardzo wiemy, w naszym Zachodnim myśleniu, co zrobić. Jest to rozmowa z żywiołami. Nie modlitwa do deszczu, ani czczenie ognia. Jest to stworzenie przestrzeni gdzie ludzie są spokrewieni ze wszystkim co jest, i w której można poprosić o deszcz. I na tym właśnie polega ceremonia. I w ceremonii właśnie może stać się transformacja. Nie koniecznie musi. Ale może.

W Zimbabwe kiedyś co roku proszono o deszcz. Ceremonie deszczu polegały na rozmowach i prośbach do duchów mhondoro – czyli lwów deszczu, jak pisał o nich David Lan w ‘Guns and Rain: Guerillas and Spirit Mediums in Zimbabwe.’ Lwy Deszczu to byli (i są), wielcy, potężni przodkowie, którzy odbyli proces transformacji po drugiej stronie, i wracają aby opiekować się ludźmi.

Jak wracają? Całkiem dosłownie. Pojawiają się w ciele i nie puszczają. Trzymają szarpiącego się człowieka tak długo, aż ten człowiek zrozumie, kim jest, i do kogo należy.

Jechałam kiedyś ze Znajomą, potężną szamanką, w Zimbabwe. Jechałyśmy do bardzo miłego szaman który mieszkał sobie w wiosce niedaleko rodzinnej wioski Mugabe. Szaman był pochodzenia muzłumańskiego, i choć rozmawiali z nim Przodkowie i duchy Ziemi i Żywiołów, to posługiwał się do tych rozmów Koranem.

Bardzo chciałam zobaczyć, jak szaman w wiosce w Zimbabwe korzysta z Koranu aby zrozumieć problemy swoich klientów.

Po drodze rozmawiałam ze Znajomą, i próbowałyśmy zrozumieć sens zachowań duchów. Czemu czasami przychodzą, a czasami nie? Czemu często już wcale nie przychodzą i zamiast tego ludzie wymyślają, uczą swoich ciał jak się zachowywać, jak udawać, że duch przyszedł. Tańczą potem tańce przodków, ale przodków nie ma.

A potem starzy ludzie w wioskach kręcą głowami smutni, i wzdychają: nic dziwnego, że wszystko źle idzie.

Kosmologia Zimbabwe uważa człowieka za kieszeń. Słowo, którym określa się szaman, to homwe ne svikiro, lub w skrócie, po prostu svikiro. ‘Homwe ne svikiro’, to znaczy kieszeń z duchem. Svikiro, to sam duch. Svikiro to nie sangoma, ani nie Ng’anga – nie będzie leczył ziołami, choć niektórzy mogą być i svikiro, i ng’anga, i mogą i diagnozować, i leczyć. Według jednej svikiro, svikiro to człowiek który leczy choroby umysłowe – „bo zaburzenia umysłowe to zaburzenia ducha. A na zaburzenia ducha pomóc może tylko duch.” Homwe – kieszeń, czyli człowiek – wcale nie mówi. Więc svikiro jest człowiekiem, który podlega swojemu duchowi, i ten duch przychodzi i opowiada ludziom bajki, śpiewa pieśni, mówi metaforami, diagnozuje problemy, stawia pytania, i jak chce, to odchodzi. Ducha trzeba przekonać, żeby przyszedł, a potem dawać mu tabakę i tradycyjne piwo. Duch lubi czuć się dobrze w ciele człowieka.

Ale choć svikiro dba o relacje ze swoim duchem, to tak naprawdę, jak mi powiedział kolega gwenyambira, to każdy duch może przyjść do każdej osoby, w każdej chwili.

Czy to prawda? Inna była-svikiro napisała, że to bardzo niebezpieczne, bo ciało musi być rytualnie przygotowane na ducha – i jeśli ciało nie jest przygotowane, to może źle się skończyć. Z drugiej strony, przygotowanie ciała wygląda różnie na całym świecie. W tradycjach mojego nauczycila Phila z plemienia Nez-Pierce w Ameryce Północnej, szamani poszczą w przyrodzie. W tradycjach Amazonu, szamani mogą pić ayahuaskę. Ciało przygotowuje się być może samo, w snach. Czasami wielka trauma i dużo modlitwy też przygotowuje ciało.

A więc czy to prawda, że każdy duch może przyjść do każdej osoby w każdej chwili? Szamanka która ze mną jechała, powiedziała, że choć sama nic nie wie, i nie rozumie, to chyba tak jest.

Opowiedziała mi tak ....

Był sobie pewnego razu Pastor w Zimbabwe. W Zimbabwe jest pełno różnego rodzaju nowych kościołów, czyli kościołów które mają swoje własne reguły. Co tydzień, ten pastor chodził, tłumaczył, wymachiwał rękami, krzyczał o Jezusie i Bogu i Duchu Świętym, o Diable i grzechach i piekle. Pewnego dnia, w środku takiego właśnie kazania, duch do niego przyszedł, wszedł w jego ciało, i Pastor stanął dęba. Przestał krzyczeć, ręce mu opadły, rozejrzał się, jak gdyby po raz pierwszy, i powiedział – mam tego dość. Idę do domu. I na oczach setek wiernych, zdjął z siebie regalia pastorskie, zrzucił ubranie, wyszedł z kościoła, i poszedł pieszo do swojej kumuszy, czyli wioski skąd pochodziła jego rodzina – a ta wioska była daleko, w innej części kraju, więc musiał iść całymi dniami. I tam już został.

I tak się zadziało. Taka to historia o tym, jak to pastor spotkał przodka.

Więc przodek może się zjawić w każdej chwili, i mieć do powiedzenia coś, co zmieni całe twoje życie – twoje, i twojej rodziny. Jeden z najstarszych przodków przyszedł do Ludu Shona bardzo dawno temu, wieki temu w Tanzanii, Wschodniej Afryce, powiedzieć ludziom, aby przenieśli się. Czas wstać, czas zebrać wszystko, co potrzebne, zostawić resztę, załadować się, i przejść na południe. Przodek ten poprowadził lud tam, gdzie sam osiedlił się w kamieniu. Do dzisiejszego dnia ludzie pielgrzymują do kamienia i proszą aby kamień coś im poradził – i głos wychodzi z tego kamienia, jakby to był głos ludzki. Ale to nie jest ani głos ludzki, ani głos kamienia, tylko głos ducha, który deklaruje. Nie radzi, a deklaruje. Mówi co jest, i co będzie, i co jest możliwe – a że sam jest głosem w kamieniu, wie dobrze że to, co ludzie myślą jest możliwe albo niemożliwe nie ma nic do tego, jaka jest prawda.

Przodków czasami interesują sprawy, które nam wydają się mniej ważne. Afrykańczycy to duchowi materialiści – bo wiedzą, że nie ma czegoś takiego jak symbol. Metafory nie istnieją, tylko pomagają nam nabrać dystansu do rzeczywistości, kiedy ta rzeczywistość staje się zbyt gruba, ciężka, i nie do zniesienia. Zawsze można się od niej oddalić symbolem lub porównaniem.

Znajomy w Zimbabwe, Mechanik tak mi opowiedział:

Był taki jeden, zwykły prosty człowiek. Rolnik. Przyszedł do niego duch. Zaczął go męczyć. Mówił innym ludziom, że jego rzeczy znajdują się w muzeum w Niemczech, i że on bardzo te rzeczy potrzebuje – że te rzeczy muszą wrócić do domu, do Zimbabwe. Wreszcie jacyś ludzie zanieśli sprawę do polityka, i ktoś zwrócił się do muzeum w Niemczech. Rzeczywiście, mieli tam dokładnie te rzeczy które opisał duch – a konkretnie, tsvimbo, czyli specjalny kij przodków, i siekierę – również ceremonialną. Zwrócili te rzeczy. Te rzeczy są teraz w muzeum w Wielkim Zimbabwe. Nasz rząd powinien był wynagrodzić człowieka, którego duch posiadł, ale – jak to bywa – tego człowieka męczy bieda. Nikt go nie pamięta.

Nasi dziadkowie, nasze babcie wiedzieli jak rozmawiać z przodkami, jak rozmawiać z duchami, jak rozmawiać z ziemią. Nasi przodkowie wiedzieli jak wpadać w trans, i jak otworzyć ciało na to aby było kieszenią dla ducha.

*          *          *

Czemu duchy już nie przychodzą? Czemu świat wariuje? Co się dzieje?

Co się stało?

W Zimbabwe misjonarze i kolonialiści założyli szkoły, gdzie dzieci były zmuszane do nauki języka angielskiego i zapominania swojej kultury.

Zapominanie kultury zaczyna się od ciała. Zaczyna się od tego, że zamiast poznawanie drzew, roślin, i legend z dziadkami, siedzi dziecko przy biurku i odlatuje w myślach. Kultura to nie jedno-godzinna lekcja w szkole. To sposób bycia – a sposób bycia zaczyna się w ciele. Kultura zaczyna się od tego, że ciało jest instrumentem Boga. Na tym polega cywilizacja. Nasza cywilizacja, choć tak z siebie dumna i tak rozkochana w liniach prostych – w zrozumieniu, w drogach, w tym, jak kroimy miasta na równoległe plastry niczym kwadratowy tort – ta sama cywilizacja jeszcze nie wie, ale zatacza ogromne koło. Ta sama cywilizacja znajdzie się niedługo na początku. Odkryje, zaskoczona, koniec swojego ogona sterczącego z piaskowych wydm na pustyni w Afryce. A przecież miało wreszcie być coś nowego... tak westchnie. W sercu, szczerze ucieszy się. Przecież człowiek najbardziej tęskni za domem, za swoim sercem. Nowość wcale nie jest taka ciekawa. (Lub, jak mówi nam Księga Koheleta, ‘Nie ma nic nowego pod słońcem.’)

Przestali ludzie tańczyć i śpiewać na ceremoniach deszczu. Przestali łączyć się z Bogiem i ziemią w Ceremonii.

Wielkie Zapominanie zaczęło się zatem w ciele, i to właśnie tam Przodkowie zaczęli czuć się źle. Boża Iskra, która co jakiś czas zabłyśnie w ciele tak, że zobaczą i poczują ją inni, zgasła. Nie było dla niej kominka. Przodkowie odeszli.

*          *          *

Co zrobić?

Wielki Szaman plemienia Nez-Pierce mówi mi tak:

„Jeśli człowiek zachoruje i zgodzi się na wyzwanie swojej duszy, i idzie drogą uzdrowienia, i idzie do szamanów i do lekarzy, i chodzi na ceremonie, i się modli, i próbuje wszystkiego, i to wszystko nie działa – a on próbuje szczerze, absolutnie wszystkiego, i po prostu nie wychodzi – to ja bym takiemu człowiekowi poradził, aby znalazł sobie jakiekolwiek miejsce na świecie, i tam, codziennie, tworzył dla siebie lekarstwo. Bo jeśli nic innego nie działa, to znaczy, że lekarstwo jeszcze nie zostało stworzone – i to właśnie jest zadanie tego człowieka. To jest twoje zadanie”

Chodzi o gest, rozumiecie? Chodzi o sposób, w jaki wołamy do Boga. Chodzi o sposób, w jaki rzucamy wyzwanie naszym przodkom, a oni nam.

Nikt nie może tego za Ciebie zrobić.

A my, ludzie, mamy to do siebie, że wołamy pięknem i elegancją.

Przodkowie to wiedzą. Takich nas kochają.

Przetrawić paskudztwo świata, przyjść ze swoją ciężko wypracowaną godnością do duchów i zatańczyć swoim tańcem – to jest piękno, i to jest dobre życie, i to się Bogom podoba.

Dobrze jest, być Bogom miła.

*Zdjęcie to obraz mojej przyjaciółki, Robin Schuett-Hames.