Kohelet Odwiedza Cmentarz św. Kazimierza w Connecticut

Kohelet Odwiedza Cmentarz św. Kazimierza w Connecticut

Kohelet skręca w małą uliczkę wybrukowaną szeleszczącym żwirem

Nad którą dumnie przelatuje okrągły indyk bawiący się w orła

Psy szczekają obok w ogromnym czarnym gmachu

Rdzewiejąca tabliczka ogłasza nieśmiało:

Cmentarz św. Kazimierza

Gdzie skupione słońce odczytuje napisy wyryte Boskim palcem na

Mojżeszowych Tablicach.

 

Jest tu Rodzina Błachowiczów, ich

kości nadzieje szybki oddech ślizgający się po adrenalinie

przybyły do Nowego świata między 1880 r. a 1953 r.

Ich potomkowie mieszkają nieopodal

w dużym białym domu obojętnie obleczonym

trój-kolorową flagą.

 

Rozalia, przeklęta, przyszła na świat zarumieniona i uśmiechnięta,

jakby samo życie było pochlebstwem.

Urodziła pierwsze dziecko w 1914 r.

Razem z mężem Antonim dziękowali Bogu,

że tutaj, w wolnym kraju, że nie wcześniej,

Synek za mały żeby walczyć

o nikłe przekonania innych ludzi.

 

Bóg przyjął dziękczynienia – anioły odnotowały modlitwę,

profesjonalnie, bez emocji, wiedząc, że

nie należy się zanadto przywiązywać do ludzi i ich boleści, że

wyroki Boskie są niezmienne, nieuchronne

Bóg za leniwy, żeby wszystko przepisywać

pozwala sobie na parę błędów, modlitw nie słucha

łyka jedynie każdego ranka

mechanicznie od niechcenia, z nawyku, jak witaminy.

 

Drugie dziecko urodziło się pod koniec Pierwszego Wariactwa świata

(Oficjalna nazwa miała tak naprawdę znaczyć – Ostatni Raz, Obiecujemy –

bo pierwsze to napewno nie było, płaczą kości Hererów w Namibii)

Mały Władzio ucieszył się, głaskał małe stworzenie

które być może raczkowało wolniej, i płakało więcej,

męczone (O Jehowo!) koszmarami,

naiwne i ufne jak miękkie podbrzusze ostrygi hodującą perłę,

za młode by bronić się tępym ludzkim językiem

który rano niezgrabnie wymazuje potężny strach nocy

tak jak słońce rozbija enklawy ciemnych chmur,

lub rozpierzcha gołębie samotny głos dziecka.

 

Młoda Rozalia jeszcze nie podejrzewała Boga o wielką nikczemność

tylko spała mniej, oczy jej rozciągały się coraz większe na chudej twarzyczce

przeglądały się w nich zatroskane drzewa, milczący świadkowie.

Chciała zrozumieć świat, ogarnąć rządzące nim tajemnicze prawa,

Wpatrując się intensywnie w drżący aksamit fal,

szukała Drugiej Strony, gdzie Mama kiedyś

piekła chleb w pustych żołądkach swoich dzieci.

 

Dziecko przeżyło rok i trochę więcej. Zmęczyło się

życiem nieuzasadnionymi koszmarami nigdy nie nauczyło się

chodzić mówiło już MA i A i JE

wskazując paluszkiem na siebie

wzywało o pomoc.

 

Na pogrzebie Brat trzymał spoconą dłoń nieobecnej Mamy.

Nazajutrz Tata powiesił garnitur w szafie, i wyszedł.

Alkohol zapewnił ochronę przed

wyrzutami sumienia, niespodziewanie plującymi ogniem jak małe wulkany

Żal za straconym losem, rzuconym w morze wiele lat temu.

 

Bóg usłyszał płacz przekleństwa upozorowane pochlebstwa

Mechanicznie zgrzytające zęby rodziców, odnotował

profesjonalnie (nie należy się zbytnio przywiązywać)

Zajęty był pisaniem filozoficznych traktatów

o bąbelkach szampana na Sylwestra, kiedy nadzieje

wypływają wesoło na powierzchnię i węstchnąwszy

pękają przy pierwszym zetknięciu z powietrzem.

 

W następnym roku Władek zaczął kasłać.

Rozalia tłumiła rosnący niepokój

jej synek był zawsze zdrowy

– mocowała się z lękiem –

Nie, to nie pusta nadzieja, to czysty racjonalizm

empiryczne obserwacje

Od wielu lat Władzio wstawał codziennie rano

człapał po domu w zabłoconych butach

budował światy z patyków i kamieni

To przecież pewne jak zarost drzew na Wiosnę,

że jego nosek zakwitnie ponownie na mrozie

jak małe kłamstwo.

 

Antoni był spokojny – Bóg dobry, wierzył, nie zabierze wszystkiego.

 

Wbrew logice, Władka położono obok dziecka na cmentarzu

Przykryto ciepłą wilgotną ziemią Wiosny.

 

Więcej dzieci nie mieli

Jeszcze przez wiele lat mieszkali w Obcym świecie

Modląc się przeżuwając powietrze dziąsłami,

połykając smutek jak szlochy.

Nędza wprowadziła się do nich

na ostatnie lata

Ogrzewając nocą ich zziębnięte ciała

kiedy śpiewał wiatr i

jęczały rusztowania ziemi

wysmarowane krwią.

 

Ocknął się litościwy Bóg, zabrał

Antoniego w 1933 r. a Rozalię w 1934 r.

chroniąc ich przed tragedią nadchodzącą

jak burza rozpięta dumnie na niebie.

 

Jeszcze przed śmiercią śniła się samotnej Rozalii

Polana i drzewa z których opadają liście,

czerwone jak kwiaty obracające w płatkach żywą krew

a smukłe strugi słońca ogrzewają z nadzieją

pęknięte kamienne tablice, bezskutecznie

starając się ożywić skostniałe kości, czekając wieczność

i z miłością, aż ponownie zabiją

zmęczone serca wędrowników.

Klara WojtkowskaComment