Aborcja: Wymiar Duchowy

Ponad rok temu grałam koncert z chórem w kościele. A było to w Arizonie, gdzie wtedy mieszkałam – gdzie słońće praży, kaktusy kłują, kojoty chichoczą, i aborcja jest legalna. W trakcie przerwy poszłam do toalety. Na podłodze znalazłam ulotkę – jedną z wielu, rozsypanych po całej łazience – o Katolickiej fundacji dla straumatyzowanych kobiet które zrobiły aborcje i szukają uzdrowienia. Chcesz wrócić do Boga?, pytała ulotka, niby przyjaźnie, a jednak szczerząc zęby. Były tam cytowane różne kobiety – jedna, pamiętam, napisała, że przez dziesięć lat męczyło ją poczucie winy. ‘Nikt mnie nie rozumiał,’ żaliła się, ‘Nie mogłam się pozbierać przez całe lata. Dopiero jak przyjechałam tutaj i mogłam Boga prosić o przebaczenie, zaczęłam czuć się lepiej.’

(Cytuję, oczywiście, z nie-najlepszej pamięci, ale sentyment pamiętam bardzo dobrze.)

Inne kobiety pisały podobnie – aborcja nie była czymś, nad czym się zastanawiały zbytnio przed, ale po aborcji nie mogły wyrwać się ze zniekształcających stanów zgryzoty, poczucia winy, cyklu depresji i złości. Koniec końców, pisały, tylko duchowni kościoła katolickiego mogli je wesprzeć w przebaczeniu sobie. Według tej ulotki, to tam, w tym specjalnym centrum wymyślonym i zorganizowanym przez organizację która ma kobiety za nic – tam, te bolące kobiety wreszcie znalazły ukojenie i zrozumienie dla duchowej traumy którą nosiły w sobie. Tam wróciły do Boga.

Zraziła mnie, zmartwiła i zastanowiła ta ulotka. Nie przeczę, że to prawdziwe kobiety pisały o swoich doświadczeniach, o swoim jednym, jedynym życiu, i o tym, jak cykle uzdrowienia zatrzymały się ze zgrzytem w miejscu w chwili, gdy spotkały się z tym potwornym i koniecznym czymś, czym jest aborcja. Nie wierzę, że to były wymyślone historie, bo nie znam ani jednej kobiety po aborcji (a znam ich wiele), której doświadczenie było łatwe. Kobieta która ‘po prostu sobie robi aborcję’, to mit. Aborcja to bitwa na polu kobiecego ciała i każda kobieta która przez to przechodzi, znajduje się po obu stronach, zwycięzcy i przegranego. Wygrała siebie. Wygrała swoje NIE, swoją odwagę, przeżycie, ciało, zdrowie, duszę, głęboką tajemniczą wiedzę Matki Ziemi o życiu i śmierci. Przegrała niewinność. Poczucie bezpieczeństwa. Że jest, na co liczyć. Że ktoś inny wie lepiej. Że ktoś jej powie, co zrobić, i jak. Że Bóg nie postawi jej w takiej sytuacji. Może przedtem nie musiała się zastanawiać – jaki to Bóg pozwala na chore dzieci, na gwałt, na przemoc? Jaki to Bóg tworzy świat, gdzie muszę własnymi rękoma wyciągać z siebie płód aby przeżyć? Jaki to świat? Jakie to życie? Czy czeka mnie coś lepszego? Czy będę miała dzieci później, czy już nigdy nie zajdę w ciążę? Czy uda mi się nie zajść w ciążę? Czy następny płód będzie zdrowy? Czy coś źle zrobiłam? Czym zawiniłam? Czy jestem złą matką? Czy będę złą matką? Czy to złe, że matką nie chcę być?

To nie są pytania które mieszkają w głowie. To ryk skrzywdzonego ciała; to energia, która chce tworzyć; to płacz córki (bo każda kobieta jest córką). Może pytania to pewien objaw, ale te pytania to objawy traumy, niezakończonej ceremonii – ceremonia cyklowa, księżycowa, ceremonia końców i początków. Wszakże aborcja istniała od samego początku, i kobiety pomagały sobie przechodzić przez ten cios, wspinać się na tą egzystencjalną górę – ceremonią. Ceremonia to krąg, to początek i koniec, to śmierć i życie.

Aborcja jak najbardziej jest sprawą fizio-bio-energio-psycho-duchową, i dlatego wszyscy duchowni – od kościoła katolickiego po szamanów każdego kroju – powinni wspierać łatwy i darmowy dostęp do niej, aby móc skupić się na procesie uzdrawiania. Bo aborcja nie jest łatwa, i każda kobieta przeżywa ją inaczej. Każda kobieta, która przechodzi aborcję, zasługuje na życie. Trzeba ją wspierać w jakimkolwiek procesie ona potrzebuje, bo nie jest to ani łatwe, ani przyjemne. Hasła typu ‘Aborcja jest OK’, może pomagają w kwestiach prawa i polityki – ale kobiety, które znam, wyszły z aborcji z traumą i nie chce im się o tym zbytnio rozmawiać, choć, jak mi wyznała jedna ‘myślę o tym codziennie.’

Tu nie chodzi tylko o chore dzieci. Tu chodzi o gwałty, o przemoc, o choroby, o zły czas, o własne życie. Chodzi o kobiecą intuicję, i o to, że kobieta wie, w głębi duszy, co robić, i co jest dobre.

Społeczeństwo, (o dziwo), boi się tej wiedzy.

Jedna kobieta zrobiła aborcję kiedy była w toksycznym związku. Czuje, że musiała coś w sobie zabić, aby przeżyć. Nie ma dla niej zrozumienia. Inna kobieta zrobiła dwie aborcje w związku z partnerem-narkomanem który ją bił. Czuje w sobie ogromny smutek kiedy o tym myśli, a to było dwadzieścia lat temu. Zawsze chciała być matką, mówi, ale w tej sytuacji coś w niej wrzasnęło NIE. Próbowała się ratować. Uratowała się. Chłopak przedawkował. Płakała po nim szczerze, po tym, kim mógł być, kim mogli być, po nadziei własnej miłości która zginęła w trakcie aborcji. Nie ma dla niej zrozumienia. Pewna kobieta zrobiła aborcję, bo chłopak ją bił regularnie i po prostu się bała. Chciała od niego uciec, ale on ją terroryzował. Coś podejrzewał, skonfrontował ją – koniec końców rzucił się na nią łapskami, z chęcią (skąd my to znamy?), zniszczenia. Uciekając kopnęła go, i złamała mu rękę. Żałuje, że tak się skończyło ale twierdzi, że on by ją zabił. Nie ma dla niej zrozumienia. Śpiewaczka i Artystka Amanda Palmer otwarcie napisała o swojej aborcji w książce ‘The Art of Asking.’ Aborcja była silnie zalecana przez lekarzy, którzy opierali się na informacji o lekach które Amanda brała zanim dowiedziała się, że jest w ciąży. Powiedzieli jej, że prawdopodobnie płód był już uszkodzony. Przez miesiąc, Amanda nie mogła się pozbierać. Jak opowiada, skuliła się sama ze sobą i śpiewać jej się nie chciało. Nie da się o tym opowiedzieć. Nie ma słów.

Nie ma dla nich zrozumienia, wsparcia, szacunku.

O aborcji się mówi, że kobiety powinny mieć prawo do. Mówi się albo, że to morderstwo, albo, że to nic – jak łykanie pigułki. Nic nie mówi się o prawie do wyzdrowienia w każdym wymiarze. Nic nie mówi się o traumie dokonanym na kobiecym ciele, o bólu, o wymiarze duchowym. I przez to teraz mamy ogromną ciszę – która na szczęście zaczyna pękać. Ciągle wszędzie słyszę tą samą historię – kobiety, które wiedziały, że to nie to, że to nie tak, że coś jest nie tak. Które musiały zrobić coś strasznego aby uratować siebie. Takie kobiety się tępi.

Żołnierzy na wojnie nie tępi się. Co robią i jak, nie chcemy wiedzieć, ale na pewno mordują z dobrego powodu. Kobieta, która wie, że musi zrobić to, co najstraszniejsze, i że ta bitwa odbędzie się w jej ciele – w jej duszy – takiej kobiecie nie daje się medali, nie pomaga się jej dojść do siebie, nie daje pieniędzy na odpoczynek, nie wysyła na ceremonie, nie zaprasza do lasu. Wręcz przeciwnie. Żołnierzy honorujemy za zabijanie ludzi. Stawiamy im pomniki. Twierdzimy, że to ważne co robią. Za to kobiety, które za nas trawią śmierć w swoim ciele – śmierć na rzecz życia – na te kobiety rzygamy, spluwamy, nie chcemy je widzieć. Za dawnych czasów (i w dzisiejszych czasach), w czasach mitologicznych (czyli czasy, które zawsze były, są, i będą), kobiety przychodziły ze swoim złamaniem do rytuału, do kręgu, do ceremonii. Tam żegnano się i witano z życiem.

Kobieta powinna mieć prawo do aborcji, i – sprawa która również owinięta jest nienaturalną ciszą – nie powinno się ją winić za poronienia! Kobieta nie powinna być dzieckiem do bicia społeczeństwa które katuje ją za wszystko. A często poronienia traktuje się jak świadome aborcje – bo może kobieta coś źle zrobiła, źle pomyślała, coś złego zjadła, poszła lub nie poszła na spacer... itd. Jak wygrać? Nie da się. Nauczycielka medytacji Tara Brach opisuje w książce Radical Acceptance, jak jej guru publicznie zmieszał ją z błotem za to, że poroniła ciążę, trauma po której zwróciła się do niego po emocjonalne wsparcie i próbę zrozumienia, co się stało. ‘To twoja wina, suko,’ powiedział jej na zgromadzeniu aszramu w Kalifornii, ‘to twoja samolubność sprawiła, że zabiłaś swoje dziecko.'  Może to ekstremalna opowieść, ale czy pozycja papieża Franciszka – że kobiety powinny dostać uniewinnienie po aborcji jeśli okażą skruchę – nie jest podobna? Przebaczenie uwarunkowane przyznaniem się do winy. Mea culpa, Padre! W Zimbabwe spotkałam dwóch szamanów którzy uważali aborcję za najgorsze zło. Jeden powiedział kobiecie która prosiła go o pomoc, że zwariowała, jeśli chce, żeby on jej pomógł w mordowaniu. ‘What would my spirits do to me, if I helped her in murder?’ prychnął. Drugi szaman powiedział, że oczywiście Bóg wszystko wybaczy, ale mordowanie dzieci jest najgorszym złem. Wszędzie, zdaje się, instytucje duchowe żłopią kobiece poczucie winy z ogromną satysfakcją, jak wampiry krew. Doszukują się u niej czarów. Ze wszystkich stron straszą ich widma potężnych kobiet-czarownic które władają nad życiem i śmiercią. (Ciekawe, bo to prawda.)

Duchowy Patriarchat, który istnieje nie tylko u Chrześcijan, ale również u Żydów, i Muzłumanów, i u Szamanów na całym świecie, powinien uczyć się od intuicji kobiety, która wie (to jej CIAŁO, jej DUSZA, jej UMYSŁ, jej BYT), co ma żyć, a co umrzeć. Jakie możliwości karmić, a jakie zakończyć.

Potrzebne nam są Ceremonie prowadzone przez kobiety które życie dają i życie kończą i umieją powiedzieć NIE. W Ceremonii, ludzie uczą się szanować życie, stykają się ze śmiercią, odbywa się transformacja. Musimy również kultywować społeczeństwo które rozwija i szanuje intuicję kobiet (mężczyzn również, ale to nie oni zachodzą w ciążę) – aby kobieta była szanowana za tą najcięższą decyzję, za to, co przechodzi. To, jak kobieta uczy się słuchać siebie, swojego ciała, jak skleja się po niewyborażalnej traumie wyboru, to jest duchowe bohaterstwo.

Kobieta, która decyduje się na aborcję, nie powinna martwić się gdzie to może zrobić, i czy starczy jej pieniędzy. Powinna móc całą swoją energię przekazać na przeżycie, na czucie, na proces transformacji śmierci w życie. Jeden potencjał w inny. Koniec w początek. Połamanie w całość. Społeczeństwo winne jest dać jej przestrzeń na jej Ceremonię – aby mogła pójść do lasu i nauczyć się od Matki Ziemi mądrości trudnych wyborów. Świadomy wybór – jakkolwiek trudny – wymaga przestrzeni, dobroci, miłości, akceptacji, braku strachu. Strach oślepia, desperacja łudzi. Potem kobieta siedzi z taką nieprzetrawioną decyzją połkniętą szybko, w niepewności i wstydzie – a kościół znęca się złośliwie, nazywa to po swojemu. Twoja wina, rechocze. A szamani-mężczyźni ogłaszają, że to szkoda i grzech.

Kościół i Politycy próbują zabrać i zawłaszczyć przestrzeń wiedzy, działania, decyzji – przestrzeń mądrości, odwagi, konieczności. Przestrzeń twórczości. Kobiece ciało.

Ha.

Nie uda im się. Przecież to Matka Ziemia nas tak stworzyła i nauczyła, bo to ona pierwsza śni nicość w coś, rysuje istnienie kolorowe na pustej przestrzeni, wita i żegna się ze wszystkim. To ona wie, że ceremonia nie-zakończona, nie-domknięta, wypluwa zombi – coś, co nie może umrzeć i nie może żyć. Ten obowiązek to ciężar, i to ból, i to siła, i Mama Ziemia, ta ciepła miłość pod stopami, dobrze to wie – bo ona to robi codziennie.