Uchodźcy: Improwizacja o Improwizacji Życia

„i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden

on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania

on będzie Miasto

patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci

najgorszą ze wszystkich twarz zdrady

i tylko sny nasze nie zostały upokorzone.”

- Raport z Oblężonego Miasta, Zbigniew Herbert

 

Rozmawiamy przy stole o uchodźcach.

Jajko na miękko, sól, pieprz.

 

„Jak twoim zdaniem wygląda problem uchodźców w Europie? Ci którzy próbują przedostać się do Europy morzem, na Południu?”

Pomidory, sery, kawa.

 

„Myślę, że trzeba ich wpuścić.”

Ogórki, herbata, sok grejpfrutowy.

 

„Tak? Wszystkich?”

Obrać jajko ze skorupki. Żółtko lśni niczym jezioro w martwym wulkanie.

 

„Wszystkich.”

Chleb wiejski. Posmarować kromki masłem.

 

„To byłby koniec cywilizacji Europejskiej. Ale zanim nadejdzie ten koniec, to ludzie zagłosują na polityków którzy wszystkich uchodźców świadomie rozstrzelają, a łódki zatopią.”

Mleko do kawy. Cukier. Pomieszać łyżeczką. Łyżeczkę odstawić.

 

„A dlaczego tak myślisz?”

Miód. Słońce. Drzewa tańczą na polu.

 

„No bo tak jest. Ludzie tacy są. Europa nie wytrzyma takiego najazdu. A ty dlaczego myślisz, że trzeba ich wpuścić?”

Czekolada.

 

„Bo każda podróż jest pielgrzymką. Jeśli człowiek gdzieś idzie, to ma dla tego ważny powód, i trzeba ten powód uszanować. Trzeba dać mu miejsce do spania, spokój aby odpoczął, i jedzenie na dalszą podróż. A potem trzeba temu pielgrzymowi-człowiekowi pozwolić na powrót do domu jeśli ma do czego wrócić. Jeśli nie ma, trzeba mu pomóc taki dom sobie stworzyć. Z godnością i z miłością. Ludzie wcale nie chcą swoich domów opuszczać. Jeśli ludzie stawiają życie na samo wejście do Europy, to nigdy z Europy nie wyjadą – nawet jeśli będą chcieli. Zapomnieliśmy o tym, że ludzie wszędzie są ludźmi. A to znaczy, że jeśli mają jedzenie, wodę, spokój, i do kogo się przytulić, to nie będą chcieli opuszczać i zmieniać swojego sposobu bycia. A jeśli ten dom opuszczą, to z planem powrotu.”

Resztki do lodówki, na później, jak przyjdzie głód.

*          *          *

Ludzie wędrują po twarzy ziemi: spływają niczym łzy, wtulają się w zmarszczki kanionów, łowią w stawach oczu galaktyki wielkie, wszechwiedzące, tęczowe ryby. Zdziwieni Akademicy przychodzą robić zdjęcia. Oburzeni Politycy stawiają szlabany. Zdziwione Rzeki nadal płyną, nie przejmując się. Korzenie drzew splatają się ze sobą i trzymają się tak, mocno, w ziemi, pod granicami stawianymi przez ludzi.

Czemu wszyscy panikują, że ludzie przebierają nogami, ładują się na wozy, jadą konno, lub na rowerze, płyną łódkami, aby znaleźć się w innym świecie? Nie jesteśmy jak drzewa. Nasza korzenność nie polega na zakopywaniu się w glebie (tak wygląda nasza śmierć...)

Pytam ludzi na całym świecie, czy chcą wyjechać. Gdzie? Pytają się mnie Zimbabweańczycy, Peruwianki, Amerykanie. Tam, gdzie podobno jest lepiej, tłumaczę. Może na jakiś czas, żeby zarobić, ale... gdzie bym pojechała? Tu jest mój dom. Tu moja rodzina. Tu rozumiem, co mówią ludzie. Nie opłaca się. Gdzie mam jechać? Jak już jest dom, to nikt nie chce go opuszczać – chyba, że musi.

A taki przymus to coś świętego – to powołanie do pielgrzymki.

To powołanie do przeżycia.

*          *          *

Bohaterowie bajek to ludzie którzy opuścili miejsce, w którym się urodzili. Ojciec król się wkurzał, bracia się wyśmiewali, królowa matka była zimna i niedostępna, a pracy królewicz nie znajdywał. Nie było dla bohatera miejsca, więc musiał wyruszyć w świat szukać swojego szczęścia. Błogosławieństwo na taką podróż? Abyś spotkała ludzi dobrego serca.

W Europie nazywamy te opowieści bildungsroman. Czujemy w nich inność, tajemnicę, inicjację, uczenie się o świecie. Bohaterzy tych legend szukają swojego miejsca na ziemi. Otwierają serce, i odnajdują swój cel, swoje bogactwo.

Za to zupełnie inaczej brzmią legendy indiańskie opowiadające o powrocie do domu – bo to dom jest centrum świata. Te legendy brzmią bardziej jak Odyseja Homera. Dom jest sercem naszym, i do niego trzeba wrócić po długiej podróży, kiedy to człowiek staje się sobą. Rodzina, przyjaciele, ziemia którą znamy, góry którym śpiewaliśmy, lasy w których biegaliśmy. Ludzie bez powodu nie opuszczają domu. Powód dla wędrówki jest święty. Trzeba i powód, i człowieka który ten powód dźwiga na barkach, uszanować.

Dom jest sercem, jest jądrem i nasieniem i świętą pustką wrzechświata. Dawne legendy umieszczały rodzinną wioskę w tym centrum. Wiele rdzennych ludów tak obrazowało swoje miasta: w Guatemali, pisze Martin Prechtel, miasto jego nauczyciela było metaforycznym środkiem świata. Ludzie nazywali siebie Ludźmi – The People. Kolonizacja i podbijanie ludów polegała na tym, że centrum świata, serca, władzy, uwagi, i miejsce, gdzie płyną ludzie i surowce, nagle było gdzieś indziej. Afrykańczycy, pisząc o dekolonizacji umysłu, piszą właśnie o tym: przyciągają uwagę z powrotem do centrum świata pod własnymi stopami – do tym, kim jesteśmy my.

*          *          *

Ekonomiczni Emigranci to koszmar Zachodu. Czemu się dziwić? To myśmy przetłumaczyli wszystkie języki świata – świergotanie ptaków, ryk lwów, Angielski, Norweski, Suahili – na jeden jedyny przekaz: pieniądze. Chcesz jeść? Zdobywaj papierki które drukujemy. Gdzie są papierki? Na pewno nie w wioskach na pustyni. Jedź na sam koniec świata, bo tam są papierki.

Kolonizacja stworzyła centrum i prowincje. Najpierw ludzie z centrum jeździli na prowincje aby wydobywać z nich dobra. (To się nazywało odkrywanie.) Potem do centrum jeździły surowce (To się nazywało podbijanie.) Potem do centrum jeździli ludzie do pracy i do propagandy (To się nazywało oświecienie dzikusów.) Na końcu każdej kolonizacji ludzie z prowincji najeżdżali na centrum – czasami bo byli głodni, a czasami z ciekawości. (W końcu tyle słyszeli o tym, że tam dzieje się cywilizacja i jedzenie.)  

Czy to nie logiczne? Jeśli człowiekowi jest dobrze, to nie opuszcza domu. A jeśli opuszcza, to później wraca. Jeśli nie ma wojny, i jest jedzenie, i ma człowiek do kogo się przytulić i z kim porozmawiać, to człowiek opuszcza jedynie aby wrócić – tak jak ludzkie życie jest pielgrzymką duszy, to człowiek również pielgrzymuje za życia.

*          *          *

Są też ludzie którzy wędrują. Dla nich domem jest ścieżka. Niektórzy ludzie lubują się jednym skrawkiem ziemi jak kwiaty z głęboko-sięgającymi korzeniami. Inni ludzie latają niczym bociany – co roku, z Polski do Zimbabwe – i z powrotem. Dla ptaków, domem jest podróż. Nikt ptakom nie mówi – musisz wybrać! Albo gniazdo, albo chmury! Są też ludzie którzy czują się u siebie doskonale, a potem nagle, pewnego dnia, wstępuje w nich duch wiatru i śpiewa im do ucha pieśń kolorową z drugiego końca świata. W jednej chwili Ci ludzie podnoszą głowy jak wielkie Afrykańskie bawoły, i wiedzą, że nadszedł czas wędrówki. Duch prowadzi tych ludzi gdzieś indziej, gdzieś poza, gdzie dusza woła – gdzie inny kraj, inny świat. Czasami z głodu, czasami z ciekawości, czasami z tęsknoty duszy za tym, co człowiek zaznał kiedyś, w poprzednim życiu. Ci ludzie noszą wolność w pysku. Puszczają ją tylko na chwilę, i tylko czasami, aby się napić wody.

*          *          *

Rozmawiam z przyjacielem o emigrantach. Przyjaciel obecnie jest Profesorem Historii na Uniwersytecie Edinburghu. Lata temu badał emigrantów z Maroka we Francji. „Czego się od nich nauczyłeś?” pytam.

„People move. People mix. Ludzie się przemieszczają. Ludzie się dzielą kulturami. Ludzie się zakochują. Ludzie rodzą dzieci. Ludzie się mieszają. Tak po prostu jest. Nie da się tego zatrzymać.”

*          *          *

To co piszę może wydawać się romantyczne i niezbyt pragmatyczne. Fakt, na liczbach się nie znam. Ci, którzy się znają mówią, że liczba ludzi rośnie i powinniśmy się bać drastycznego wzrostu populacji ziemi. Za dużo jest ludzi na ziemi skrzeczą, wymachując papierami zapisanymi liczbami. Numerki siedzą sobie spokojnie, nic nie wnioskują. Po prostu są. Za to ludzie, jakie to bajki opowiadają o tych numerkach! Bo oczywiście najwięcej rozmnażają się (nie rodzą, tylko rozmnażają się) biedni kolorowi w dzikich częściach świata. Rozmnażają się jak zwierzęta, tam gdzie dzikich zwierząt jest jeszcze dużo, a więc mają od kogo się uczyć. A potem Ci wszyscy którzy się rozmnażają na dziko (specjalnie, nam, cywilizowanym, na złość!) próbują dostać się do Europy, do Ameryki, tam gdzie jest dużo pieniędzy, aby rozmnażać się coraz więcej, i niszczyć naszą cywilizację. (Serca na pewno też mają dziwne, i inne od naszych, prawdziwych, rozwiniętych, cywilizowanych serc.) W naszych wyobraźniach, to oni-inni zżerają świat. Świat, słaba kobieta wołająca o pomoc, znika w owłosionych łapkach onych-innych dzieci wołających o jedzenie. Brudni-Kolorowi-Biedni chcą zeżreć również nasze pieniądze i nasze dobra.

Dziwne są te wasze wyobraźnie, szepczą zaskoczone numerki – przecież to wy zżeracie to, co Ziemia tworzy. No właśnie. Kto konsumuje? Kto dewelopuje? Kto niszczy przyrodę i zabija zwierzęta? Kto zbudował cywilizację na niszczeniu Ziemi? Jak patrzeć na to, kto konsumuje, to liczby opowiadają inną historię – to my, od lat, zżeramy wszystko co możemy. Może jest więcej dzieci na Południu, ale prawie nic nie konsumują w porównaniu do nas na Północy. Więc czemu nam tak bardzo przeszkadzają? (A zmianę klimatu, która tak bardzo wpływa na życie Południa, to kto stworzył?)

A, bo próbują się tutaj przedostać. Bo chcą coś od nas. Bo modlą się inaczej. Bo nie znają naszej kultury, naszego języka. Bo ubierają się dziwnie. Bo na pewno są brudni. (A propos brudu – w Zimbabwe to biali są spostrzegani przez czarnych jako brudni, bo nie umieją ani sprzątać własnych domów, ani robić własnego prania...) 

*          *          *

Niektórzy mówią, że ludzi na świecie jest po prostu za dużo. Takie dyskusje często toczą się wśród elity. Poważni ludzie z dobrymi pensjami w garniturach i sukienkach opowiadają o tym, że biedni ludzie nie powinni mieć dzieci. Głośno mówi się o tym, że trzeba im wysłać prezerwatywy. Po cichu mówi się o sterylizacji. Trzeba ich nauczyć, że dzieci to dobytek za który trzeba zapłacić gotówką. Tylko my, wyedukowani, którzy dobrze wychowujemy dzieci, którzy damy naszym dzieciom szansę...

Szansę na co, dokładnie? Jak mało wiary podkładamy w to, że człowiek może być w pełni człowiekiem, pięknym człowiekiem, wartościowym człowiekiem – bez pensji, bez dyplomu uniwersyteckiego, bez posiadłości i znajomości języków. A jednak wiele ludzi na świecie nie ma dyplomów. Kochają swoje rodziny, kochają swoje dzieci. Niektórzy znają się na liczbach, niektórzy budują domy, a inni śpiewają pieśni – czasami ludziom, czasami drzewom, a czasami chmurom. Czasami człowiek musi cały dzień śpiewać pieśni dla przodków. Przodkowie nie płacą, przynajmniej nie tak jak McDonalds. Według myślenia korpo ludzie mają posłusznie gnić przed śmiercią, byle nadawały im ważność pieniądze które za to dostaną. Satish Kumar, słynny Pielgrzym Pokoju który potem założył Schumacher College w Wielkiej Brytanii, tak mówił o swojej matce: „Nie umiała czytać ani pisać, ale pieśni znała setki. Wskaż mi jakiegoś absolwenta uniwersytetu dzisiaj, który zna setki pieśni...”

(Kumar przeszedł świat piechotą w intencji rozbrojenia nuklearnego. Nikt go dzisiaj nie oskarża o to, że ukradł dobra ludzi u których był gościem.)

W Zimbabwe ludzie również śpiewają pieśni. Ludzie są biedni i czarni, a więc, specjalnie na życzenie przerażenia Zachodu, rodzą dzieci. Dzieci uczą się śpiewać i tańczyć od małego. W Zimbabwe nie ma pieniędzy – nawet waluty nie ma. Przez jakiś czas pożyczył rząd dolary Amerykańskie, ale dolary podobno po jakimś czasie wywieźli Chińczycy. Z zapotrzebowania, rząd Zimbabweański zaczął drukować bony aby czymś napełnić bankomaty i banki. Waluty nadal nie wystarcza. Puste bankomaty strzegą stróże którym czasami się płaci, a czasami nie – a jak już, to numerkami na ekranie telefonów, bo gotówki nie ma. Muzykom którzy nie chcą tworzyć propagandy, organizacje pozarządowe próbują wytłumaczyć, że w ‘prawdziwym świecie’, artyści nie zarabiają. ‘Ale u nas nikt nie zarabia,’ dziwią się muzycy. ‘Ale lepszą szansę będziecie mieli, jeśli ubierzecie się w garnitury i pójdziecie do banków,’ tłumaczą organizacje. ‘Przecież w bankach też nie ma pieniędzy,’ głowią się muzycy, ‘więc jak tam znaleźć pieniądze?’

‘Musicie zacząć pracować!’ wrzeszczą wszyscy, bo nie wierzą w problemy których kapitalizm nie rozwiąże. Bezrobocie w Zimbabwe sięga powyżej 80 procent, alarmują numerki na papierach. Ludzie czytają o bezrobociu w gazetach jedząc śniadanie, jak zwykle, codziennie. Dziwią się. Jak tam można żyć? Nie wiedzą, że w Zimbabwe nie ma czegoś takiego jak bezrobocie. Jest bezpłaca. Bo pracują wszyscy. Co wieczór Harare roi się od kobiet i mężczyzn sprzedających pomidory, buty, i telefony komórkowe.

Nadzieję mają wszyscy. A na pogrzeby zawsze znajdują się pieniądze.

*          *          *

W Kapitaliźmie ludzie się rodzą, a niewolnicy się mnożą. Tylko że czasami to niewolnicy są wolni, a ludzie, zniewoleni. Bo niewolnicy, skoro są wykluczeni, mogą grać na gitarze pod drzewem i śpiewać rzece piękne pieśni: umrą z głodu, lub z powodu choroby, i to za wcześnie, ale życie mają wolne. A ludzie? Umrą późno, ale jak się ciężko napracują na to swoje zniewolenie.

Nie wolno myśleć inaczej. Nie wolno mówić, co się czuje. Nie wolno czuć. Opłakiwać umarłych? Broń boże. No dobrze, skoro już musicie, macie na to jeden dzień. Może dwa. Jeśli Ci dłużej zajmie, mamy na to tabletki.

*          *          *

Bieda, bieda, bieda. ‘Byłeś kiedyś głodny?,’ pytano dziennikarza Artura Domosławskiego na festiwalu Non-Fiction w Krakowie. ‘Nie, nie byłem.’ odpowiada dziennikarz. Rozmowa jest owykluczonych. Planu jak wkluczyć wykluczonych nie ma. Najwyżej opowiedzieć, tak, aby serce bolało. Cóż, od czegoś trzeba zacząć. Może być od serca.

Kiedy człowiek nieprzywyczajony wchodzi w kontakt z biedą, ma dwie reakcje: chęć pomocy (bo to jednak człowiek), i strach (bo skoro to człowiek, to to mogłabym być Ja). Rzadko się zdarza, aby człowiek miał albo sam strach, albo samą chęć pomocy. Zwykle, jeśli dominuje strach, to człowiek boi się swojej empatii (więc wykurzcie stąd tych ludzi, niech mi nic o nich nie przypomina!) Jeśli górą bierze empatia, to dusi człowiek swój strach, bo wstyd przyznać się, że człowiek myśli – jednak, nadal, zawsze – o sobie.

*          *          *

Jeśli budujemy mury, a mury budujemy, to będzie jak kiedyś mądrze powiedział Jung: „What you resist, persists.” To, czemu się opieramy, będzie się jedynie nasilać. Mury nie zadziałają. Wraz z murami, rośnie i wyobraźnia – im większy mur, tym lepiej pewnie nam będzie za tym murem. Rośnie ciekawość – co oni tam mają, że tak się z tym kryją? Rośnie złość – przecież jak oni do nas przyszli to myśmy murów nie stawiali.

A więc tak, według mnie wpuszczajmy wszystkich, którzy chcą wejść. A tam, gdzie my chcemy pojechać i zostać, niech tamci ludzie nas wpuszczą.

Różne są drogi, różni ludzie, ale Ziemia jest Matką nas wszystkich.

ASHE.