Kain i Abel: Opowieść o Zazdrości?

Kain i Abel

Kain zabił Abla bo dar młodzego brata był przyjęty przez Boga, a jego nie.

Zanim zabił brata, chodził Kain z ponurą twarzą, a Bóg go karcił. Czyżby to Bóg, czy sam Kain wyrzucał sobie zazdrość? (Swoją drogą, jak Bóg karci za ponurą twarz to kto ma nas rozweselić?) Gdybyś tylko umiał się zachować, krytykował Kaina Bóg... Masz panować nad grzechem. Masz być dobry, bo inaczej ofiary twojej nie przyjmę, grozi srogim palcem Groźny Bóg. Groźny Bóg wychowuje mordercę. Kara skutkuje bratobójstwem. Brak miłości Boga Ojca do syna Kaina rezultuje brakiem miłości Syna Kaina do Brata Abla.  

Ale odstąpmy na chwilę od zazdrości. Jaki świat maluje ta opowieść? Świat, gdzie Bóg kocha jednego brata, a drugiego osądza. Są zasady, mówi opowieść. Prawda, zasady są. Ale czy wiążą się konkretnie z jednym, rygorystycznym sposobem bycia? Przecież nasze nieskończenie chwiejne życie musi być odnawiane codziennie.

Skąd Kain wiedział, że jego dar nie był przyjęty? Jakie były tego znaki? Czy może biznes mu nie szedł? Żona go opuściła? Dziecko zmarło? Czy zachorował? Jakie są objawy niechęci Boga? Sama jestem sceptyczna. Jest to opowieść bardzo wygodna dla ludzi którym dobrze się wiedzie – a takie opowieści zwykle są wymyślane przez ludzi, dla ludzi, aby omamić ich mitem Boga który nagradza dobrych, i karze złych.

Ale może prawda wyglądała inaczej? Może tylko wydawało się ludziom, że dar Kaina nie był przyjęty? Gdyby Kain i Abel zachorowali na tą samą chorobę, poszli do tego samego lekarza, łyknęli tą samą pigułkę na wyzdrowienie, i Abel by wyzdrowiał, a Kain nie – to tak potem mówiliby ludzie w kręgach pseud-religijnie-duchowo-skłonnych:

Ofiara Abla została przyjęta.

Abel może wrocić do normalnego życia.

Abel ma możliwości.

Abel jest silny, ma genetyczną predyspozycję do przeżycia.

Abel pokonał chorobę, wygrał walkę, jest prawdziwym mężczyzną.

Bóg błogosławił Abla.

A Kain? Leży, choruje, nic nie robi. Gdyby nie współczesna medycyna, pewnie by już nie żył. Po co taki człowiek? Jeszcze trzeba go karmić, leczyć, opiekować się nim. A po co? Potem opowiadaliby ludzie: Bóg przyjął jednego, a drugiego odtrącił.

Jeden wyzdrowiał, drugi nadal cierpi. Ten, który cierpi zabija zdrowego z zazdrości. (Zdrowi zawsze myślą, że wszyscy Ci co chorują zajmują się zazdrością, marzą aby żyć jak oni. Bo zdrowy nie wyobraża sobie, że choroba też uczy, i że spotyka każdego człowieka.) Czyżby? A czy nie jest tak, że w dzisiejszych czasach to zdrowy zabija, dobija chorego, bo jego sama egzystencja jest niewygodna dla zdrowego? Bo zdrowy musi być wśród zdrowych. Zdrowy nie lubi jak mu przeszkadzają inni negatywną energią. Zdrowy chce aby wszystko szło gładko. Zdrowy ma pomysł na życie i nie da sobie przeszkodzić. A gdzie chorzy mają pójść? Zdrowy pozbędzie się bezdomnego, chorego, cierpiącego, i obudzi się w czystym, pustym domu. Chorego słońce powita rano, tak samo jak zdrowego. Kaina i Abla wita ten sam księżyc, czy śpią spokojnie, czy wyją z bólu. Biblia tępi Kaina za zazdrość. Ale druga twarz zazdrości, to udawanie, że człowieka który zazdrości, po prostu nie ma. A każdy człowiek chce być widziany. Każdy człowiek chce czuć, że ktoś go widzi, akceptuje, i kocha. Nawet człowiek zazdrosny. Nawet człowiek chory. Nawet człowiek ani chory, ani zazdrosny, taki po prostu przeciętny, normalny człowiek.

W trakcie mojej choroby, rzadko czułam zazdrość. Stany zapalne były tak potworne, że nie pamiętałam życia przed, i nie wyobrażałam sobie życia po. A było to tak konkretnie moje własne, dziwne, życie, że nie mogłam sobie wyobrazić być kimś innym. Nie zazdrościłam zdrowia. Chyba brakowało mi wyobraźni. A potem, jak duch ognia przerodził się w zmianę orientacji życiowej, duchowej, i materialnej, to znowu nie umiałam zazdrościć – nie było na zazdrość miejsca. (Teraz, wraz ze zdrowiem, wracają emocje i uczucia jako tako normalnego życia – między innymi, zazdrość.)

Nie, że zazdrość nie istnieje, i że nie jest groźna. Dobro, jakiekolwiek, potrafi przyciągać do siebie  zazdrość. Jak mówi Malidoma Some, Afrykański Szaman, błogosławieństwo przyciąga do siebie ludzi, którzy nie mają błogosławieństwa, i bardzo go pragną. Zazdrość woła do Boga: czy ty mnie nie widzisz?! Ludzie zazdrośni gotowi są zniszczyć to, co tak bardzo pragną – osobę, której zazdroszczą, rzecz, stan bycia. Dziecko paluchami zerwie i zmiętoszy płatki róży, a potem będzie płakało – co się stało z kwiatem? Zazdrość niszczy, bo chce łapczywie i chce od razu. Zazdrość to tęsknota wraz z miłością. Ludzie zazdrośni niszczą z pragnienia. Do końca życia nie będą wiedzieli, co zrobili. Ani jak.

Ale opowieść Kaina i Abla wydaje mi się być bardziej o tym, jak widzimy Boga: Święty Mikołaj który nagradza jednych, i karze drugich. Musimy przestać interpretować język Boga według tego, ile kto cierpi, komu się udaje, a komu nie.

Księga Hioba ma być wielką odpowiedzią na problem ludzkiego cierpienia. Nie wiem, mnie ta księga zawsze nudziła. Niby na końcu księgi Bóg wynagrodził Hiobowi jego ból. Ale do końca życia Hiob opłakiwał martwe dzieci, bo dzieci nowych nie da się podarować. Nie ma czegoś takiego jak nowe dzieci, w żadnej tradycji. Nie ma czegoś takiego jak życie po staremu, czy życie tak nowe, że przeszłość już w ogóle nie istnieje. Tak przynajmniej mi się wydaje. Rodziców mamy jednych. Przyjaciół również. Każdy człowiek jest niepowtarzalny, i każda niepowtarzalność ma swój koniec.

Opowieść każdego człowieka jest piękna i niepowtarzalna, czy jest zdrowy, czy chory, czy biedny, czy bogaty, czy dobre podejmuje decyzje, czy złe. Ofiarować Bogu możemy tylko prawdę o sobie, i każda taka ofiara, jest Bogu miła. A przynajmniej, mam taką nadzieję.