Tańcząca Lisica: Wstęp Polski

Tańcząca Lisica: Wstęp Polski

Połowę zeszłego roku zżerał mnie potworny ból. Niby znajomy ból, bo od dwunastego roku życia lekarze diagnozowali u mnie różne choroby autoimunologiczne – dziecęcy artretyzm, reumatyzm, lupus. Ale bóle z zeszłego roku nastały niespodziewanie w trakcie pierwszej w moim życiu dłuższej remisji; od półtora roku nie miałam żadnych problemów zdrowotnych, przyczyną ceremonii ajahuaski którą urządziłam sama na pustyni w Arizonie. Choć choroba nawiedzała mnie od lat, dopiero w zeszłym roku zrozumiałam, że jest to choroba inicjacyjna. Nie pomogła jedna terapia, jedna ceremonia, jedna tradycja, jeden człowiek, jeden sen, jeden lek, jedno zioło, jeden instrument, jedna opowieść, jedna góra, jedna wyzbyta trauma, jedno oświetlenie. Krok po kroku, warstwa po warstwie, przełom po złamaniu, doszłam do sedna przesłania choroby – a jest to powołanie szamanki.

Ból pojawił się, jak każdy gość proszony lub nie, na progu. Na początku nieśmiało ogłosił swoją obecność w stawach. Udawałam, że go nie ma. Że śpię. Że kolana się zmęczyły, że łokcie rano zawsze trochę warczą. Wszystko, tylko nie choroba którą znałam od lat. Ból nie przejął się moim zdradczym wyparciem. Zaczął śpiewać na progu straszne piosenki. Zatkałam uszy i pojechałam do sklepu wykupić wszelakie maście, żele, kremy, i bandaże mające wspierać przemęczone mieśnie, stawy, kości. Odpoczywałam na siłę, na gwałt chodziłam na jogę. Ból spokojnie przysuwał się, czyhając pod drzwiami, wglądając z ciekawością w okna mojego ciała. Kręcił się, obserwował moje życie, komentował – to nie działa, tego już nie będzie, Ci przyjaciele już nie wrócą. Nucił pod nosem, z każdym dniem coraz bliżej, z każdym dniem coraz głosńiej.

Zamknęłam drzwi. Grunt, panować nad swoim życiem, jak człowiek panuje światem. Boga nie ma. Bólu nie ma. Jest tylko to, co wybieram dla siebie.

Ból otworzył drzwi. Z kolan wylał się bezkarnie niczym sztuczne jezioro na stopy, biodra, łokcie. Spodobało mu się całe ciało – i mózg, i kręgosłup, i jelita. Zadomowił się. Ochoczo podsycał ogień. Nie zadeklarował się, nie obwieścił intencji, nie poprosił o pozwolenie. Rozlewające się jezioro bólu zamieniło się w piekielne jezioro ognia. W takim bólu człowiek nie jest w stanie myśleć, może tylko czuć – a więc czuje, że zwariował. Kiedy do tego nachodzą go potem wizje i sny nie z tego świata (choć kiedy to sen jest z tego świata? A być może po prostu świat jest jeden, pomimo rozdzielczych fantazji ludzkich), to wnioskuje, że żar ognia sprawia nie tylko ból, ale i wariactwo.

W snach przychodzą do niego duchy, święte stworzenia, lwy, anioły, trzymają głowę człowieka padniętego na cztery łapy męki, śpiewają mu pieśni, i człowiek budzić się nie chce. Po co się budzić? Ciało boli tak, że żyć się nie da. No nie da, naprawdę – człowiek pognieciony bólem i przytłamszany niemocą, po prostu wie – to nie jest życie. Nawet jeśli lekarze skrupulatnie wypisują na receptach: Pani nie umrze od tego. Od tego umrzeć się nie da. To jest niemożliwe.

Człowiek wyje z paradoksalnej traumy sytuacji. Ciało zdaje się żyć tylko po to, aby ból miał miejsce do zaistnienia, do zademonstrowania swojej potwornej wyobraźni. Ból używa ciało jak płótno, mówi: „Musisz żyć, bo ja cię potrzebuję. Musisz jeść, pić, nawet ruszać się, abym mógł Ci pokazać jak straszne potrafi być życie. Jesteś moją szanowną publicznością, i zrobię wszystko, abyś nie mogła odwrócić ode mnie uwagi.”

Ból rośnie. Zaprzeczanie istnienie bólu nie jest już możliwe, a więc Człowiek próbuje spać. Czasami mu się udaje, czasami nie. Ciało nie daje się uśpić, niewinne, krzyczy nocą. Nie rozumie co się dzieje. Ciało obwinia człowieka, skarży się jak dziecko: „opiekowałem się Tobą przez te wszystkie lata. Jak możesz pozwolić na coś takiego? No zrób coś! Ratuj!” Czasami udaje się człowiekowi wśliznąć po cichu w sen. Przychodzą duszki, nadzieje, żale, wspomnienia, skruchy, ludzie. Duszki gorejące światłem, spokojem i miłością, gładzą po głowie. Mówią, że wszystko jest dokładnie takie, jak być powinno. Człowiek czuje, że serce rośnie, staje się coraz bardziej promienne, ogromne, jak słońce. Wszakże słońce kocha cały wrzechświat, a ogień jego miłości jest tak gorący, że go spala. Kiedyś miłość słońca wypali się, i słońce umrze. Człowiek widzi we śnie, jak ogień w jego własnym sercu również go zniszczy. Czy to może być teraz...? Nie. Budzi się. Ból siedzi naopodal, uśmiecha się, kłapie zębami. Z całego ciała, niby łzy całej historii świata, spływa pot. Jezioro bólu burzy tamę w duszy, i miłość człowieka kaskaduje na świat niczym wodospad.

Człowiek uczy się kochać.

Duszki nadal gładzą po głowie, choć sny stają się coraz cieńsze, trudniejsze do sklejenia – bo człowiek nigdy tak naprawdę nie jest w stanie zasnąć. Ból chichocze, łapczywie przyciąga do siebie, wymazuje granicę między światem materialnym, a światem snów. Światy zlewają się ze sobą, i ból rysuje się coraz wyraźniej na tle nowego, jednego świata. Ból sie przedstawia: Jestem nauczycielem, mówi. Czasami lubię torturować, czasami niepotrzebnie. Jestem gościem, i zjem wszystko, co znajdę w twoim domu – twoją przeszłość, przyszłość, teraźniejszość, twoje związki, pieniądze, ludzi, pracę, myśli, uczucia, nadzieje, aspiracje, rozsądek. W zamian, obiecuję Ci jedno: już nic nigdy nie będzie tak jak było.

Nie masz wyboru. Ból nie pyta, nie prosi. Ból oświadcza.

Pierwsza lekcja: Pokora.     

Nie rozmawia się o tym z lekarzami. Lekarz zapyta człowieka którego boli tak, że zdaje się, kula w łeb to jedyny dobry pomysł który trafia do głowy (wszystkie inne pomysły gubią się po drodze, tracą orientacją, strzela do nich maniakalnie ból-myśliwy i rozpiechrza na cztery strony świata, hen, hen, daleko od ciała) – no więc lekarz pyta takiego człowieka, czy przypadkiem nie ma depresji. Pyta się lekarz, czy człowiek ostatnio nie myślał o samobójstwie, czy nie jest mu czasami nadmiernie smutno. (Co to tak właściwie znaczy, smutek normalny i nienormalny? Czy lekarz może dokładnie określić, wytłumaczyć co to jest smutek, i jak wygląda smutek nienormalny w nienormalnym świecie?) Aha, i proszę powiedzieć, czy to się dzieje codziennie? Człowiek patrzy na lekarza obłąkanymi oczami, wybałusza uszy i stara się zrozumieć (bo jest dobrym pacjentem, i bardzo chce wyzdrowieć). Człowiek otwiera usta, ale głos gdzieś ucieka. (bo głos też boi się bólu – a lekarzy jeszcze bardziej.) Nie jest nawet w stanie opowiedzieć ile go kosztowało – ile wysiłku – samo przyjście, samo spotkanie się z Lekarzem.

Człowiek który rano ubrać się nie mógł bo to by wymagało zgięcie kolan, a w dodatku na stojąco; który uczesać włosów nie mógł, bo łokcie i ramiona nie pozwalały na takie luksusowe ruchy; człowiek, któremu kuchnia wydawała się niemalże krajem na drugim końcu świata, (bo tak wygląda podróż paru metrów w takim ciele , w takim bólu) – taki człowiek myślał, że Lekarz pełni straż przed furtką normalności, że uda mu się przekonać tego strażnika aby go wpuścił z powrotem do normalnego życia – tam, gdzie normalni ludzie żyją normalnym tempem, normalnymi problemami, normalną pracą. Normalną miłością. Czy to naprawdę tak dużo, prosić o cząstkę błahej normalności? Przecież dlatego Człowiek przyszedł. Człowiek inaczej... co by robił? Polowałby pewnie na sny, choć Ból również nie pozwala na ciągły bezruch. Ból grozi biczem i strzela, i Pacjent wrzeszczy wniebogłosy. Bez głosu, bo głos uciekł. (Głos boi się bólu.)

Niestety, Człowiek orientuje się, że Lekarz go nawet nie widzi. Lekarz nie rozumie. Sny, które nachodzą Człowieka nocą, to nie depresja. Być może to fantazje ciała które tak bardzo pragnie być absolutnie zdrowe. A być może nie. Być może te sny to łaska. Być może te sny to nowi przyjaciele z innego świata. Być może te sny to po prostu czysta prawda. Piękne sny: to, jak ciało wewnątrz ciała gorejącego w bólu, to ciało zamienia się w ciało lwa, biegnie po sawannie, i Człowiek czuje każdy zdrowy mięsień, Człowiek rozkochuje się w majestacie słońca, w tym jak łapy uderzają o ziemię, dudniąc niczym ogromny bęben, jak ciało pręży się, skacze, tańczy. Człowiek cały ten czas również czuje ból ciała-skorupy które zostało, leży nadal na kanapie, nie może się ułożyć, tu boli, tu uwiera, tu noga leży nie tak, tu ręka musnęła o kolano i kolano krzyczy, wrzeszczy z bólu. Ciało chciałoby wić się z bólu, ale nawet tego nie może. Ciało chce umrzeć, ale nie umiera.

Taki ból nie pojawił się w moim życiu po raz pierwszy – od dwunastego roku życia cierpiałam na chorobę która nazywała się wtedy dziecięcym artretyzmem, a potem nabrała różnych innych diagnoz, niczym dyplomów – lupus, mixed connective tissue disease. Chorowałam głównie w Stanach. Techniczny język medycyny mojej choroby znam po angielsku. W zeszłym roku naszedł mnie najgorszy stan zapalny jaki miałam w życiu. Choć zagadkę ducha ognia w moim ciele próbowałam rozwiązać na różne sposoby przez siedemnaście lat, to w zeszłym roku po raz pierwszy w ogóle nie poszłam do lekarzy, zamiast tego odwiedzałam różnych znachorów i innych new-agerów. Większość ochoczo brała pieniądze i opowiadała mi o tym, co już wiedziałam – że czują w moim ciele strach, że coś we mnie... no właśnie, no co dokładnie? Coś siedzi, coś mi nie pozwala na transformację, na zdrowie... no co? Coś. Ale anioł mówi, że zdrowie jest możliwe.

Nabrałam nie tylko sceptycyzmu ale również gniewu. Gniewu na cały świat, na społeczeństwo, na życie, którym żyć się nie da, które jest niemożliwe do przeżycia. Bo jak żyć w takim bólu?

Ale powoli, ceremonia po ceremonii, tropiąc wskazówki, wsłuchując się w sny, rozmawiając z drzewami, ucząc się od szamanów głębokiej wiedzy, potężnej mocy, i jeszcze potężniejszych serc, wreszcie mogłam się skonfrontować z naturą mojej choroby. Choroba nie była chorobą, lecz przesłaniem od Przodków. Duch ognia w moim ciele miał na celu uświadomić mi wreszcie prawdę, miał mnie przestawić, przekierować niczym kompas którego igła trzęsie się nie w tym kierunku. Miał zrobić ze mnie szamankę. Miał zmienić myślenie, pogląd, świat wokół mnie, nitkę którą używałam aby tkać tkaninę swojego życia. Odkryłam magię tego świata – nie dwóch światów, ale jednego, świata tętniącego miłością.

Słowem, nawiedziła mnie klasyczna choroba inicjacyjna. Szamanie zwykle przeżywają takie choroby. Jest to absolutnie normalne. Czasami choroba przychodzi do głowy, czasami do ciała, ale głowa i ciało i tak są jednym, bo świat jest jeden. Ból fizyczny stwarza różne dziwne stany psychiczne, bo ciało nie rozumie, że ma się dzielić na części. (To tylko ludzie wymyślili takie dziwne psychiczne gimnastyki lub tortury.)

Stawką było moje życie. Potrzebne były zmiany. Zgodziłam się na wszystko – po pierwsze musiałam opuścić Stany Zjednoczone. Niby powinnam była czuć się tam dobrze – spędziłam tam większą część życia, mam obywatelstwo. Ale nigdy nie czułam się tam u siebie. Jak mi potem jeden szaman wytłumaczył, pieśń którą śpiewam, nie pasuje na tamtym lądzie. Jak dla mnie, kultura Stanów jest płytka, muzyka i filozofie kraju do mnie nie przemawiają. Jest to piękny kraj, i dużo się tam nauczyłam, ale nie jest krajem mojej duszy, nie jest moim domem. Nawet drzewa się mnie pytały w zeszłym roku, czemu tam nadal tkwię, z dala od mojego prawdziwego domu.

Opuściłam Stany Zjednoczone z pięcioma instrumentami, zaadoptowałam Zimbabwe i Polskę jako moje miejsca mieszkania i pracy, i ceremonii. Ceremonie i granie muzyki ceremonialnej, i śpiewanie pieśni gór i rzek, uratowało mi życie, serce, duszę. Odkryłam po co jest muzyka, naprawdę. Po co są skrzypce, na których gram od trzeciego roku życia. Nauczyłam się słuchać.

Teraz czas na powrót do społeczeństwa, z tym, czego się nauczyłam – ceremonii, pieśni, doradztwa, mitów, legend, tańca, muzyki, pisania, masażu, sztuki, uczenia, wsłuchiwania się we wszystko. Nie wiem co będzie dalej, ale takie moje powołanie – pomagać, grać, śpiewać, uczyć, słuchać, być. Prowadzić ceremonie. Negocjować między światami. Kochać.

Tańcząca Lisica będzie miejscem na to wszystko.